Organizm się buntował...

rys. louisearonson.com
Oj, ciężko sobie ten miesiąc treningowo wymyśliłem (link do planu tutaj)...Niby człowiek już doświadczony w trybach machiny treningowej i gladiatorskiej walki o urwanie kolejnych sekund w planowanych biegach...a ciągle pyszałkowato i głupio postępuje. Znowu wpadłem na mieliznę własnej bezmyślności a co gorsza ogromnego ryzyka powrotu do stanu poprzedniego, czyli ciągłej i nierównej walki z kontuzją. Na całe szczęście opamiętałem się i już powoli wychodzę na prostą. Jednak zdecydowanie plan w tym miesiącu był zbyt mocno wywindowany. Dlaczego? O tym poniżej...


Może wszystko było by dobrze, gdyby nie te drugie godziny (19.00) prowadzonych zajęć spinning. Od drugiego tygodnia kwietnia, czyli tuż po starcie w 6 Poznań Półmaratonie, niemiłosiernie podniosłem intensywność praktycznie do możliwego maksa. Każde interwały były dla uczestników małymi race day'ami. A że staram się jeździć to co sugeruje swoim klientom to w połączeniu ze zmęczeniem po "połówce", trzymaniem treningowym akcentów (o tym za chwilę poniżej) i siedzeniem do późna (teksty same się nie napiszą) stworzyło to mieszankę obciążeń 
"niewytrzymywalnych".  Ten plan w tych okolicznościach nie był do zrealizowania...

Akcenty, nowe i bardzo intensywne, zaplanowane po 3 dniach mocniejszego treningu  były kuriozalnym błędem, którego doświadczony amator nie powinien powtarzać. Druga sprawa, że miało być szybciej niż LT a że pulsometr miał ostatnio słabe dni, więc to 4 x 5 minut z przerwą 4 minut truchtu biegałem na wyczucie po 3,40/km. Gdzie ustalone miało być 3,50-3,55/km. Skończyło się na trzech powtórzeniach, bo rozpoczęcie czwartego było już na sporym dyskomforcie. W tym całym złu chociaż człowiek był mile zaskoczony, że co nieco szybkości jak na ten moment ma. Niestety aparat ruchu jeszcze na nią nie jest gotów...Z pewnością postaram się wpleść te treningi w kolejnym planie przy lepszych okolicznościach wypoczynkowych (maj i przygotowania do II Dychy Wazówny gdzie oczywiście zapraszam).

Jednak nie powtarzając się - taki błąd nie powinien się zdarzyć. Już myślałem, że rozsądnie trenuję i mocno stoję na ziemi z obciążeniami, a tu znowu jakieś wymarzone parametry i mimo zmęczenia materiału myślenie o własnej niezniszczalności. Myślenie, które jest zgubą dla wielu biegaczy.  Dobry wynik w "połówce" i już pofrunęły założenia główne (trening do poznańskiego maratonu), a na piedestał wyszła powszechna chęć urwania paru sekund więcej w "jakiejś tam" dyszcze (Run Toruń na pewno jest fajną imprezą - nie zrozumcie mnie źle). Niech to będzie dla mnie przestroga na przyszłość.

Na szczęście powróciłem do rozsądku i powoli wychodzę na prostą. Poniedziałkowy akcent odpuściłem  lekko rozbiegając nogi i przełożyłem na dziś (jak ja mogłem takie natężenie obciążeń wymyślić?!). Moje ciało po weekendzie prawie już powróciło do siebie biorąc pod uwagę, że wczorajsza (znowu maksymalna) jazda spinning nie zrobiła na nim tak mocno niszczącego wrażenia. Dziś 30 minut delikatnie poniżej progu PPA wyszło już bosko. Przy tętnie 80% maxa utrzymywałem prędkość 14,5 - 15 km/h (w okolicach 4min/km). Fajnie. Przypominam, że miesiąc temu progiem było 14 - 14,5 km/h. Przede wszystkim bezpieczeństwo i może 2,55 w maratonie pęknie ;-) choooooć to jeszcze dużo pracy.

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.