14 PM - relacja i podsumowanie

poznanbiega.pl
Opuszczając trzy lata z rzędu „mój” poznański maraton w drugą niedzielę października odczuwałem smutek i oczekiwanie zarazem. Smutek, bo nie uczestniczyłem w tym ogólnopolskim święcie biegowym. Oczekiwanie, bo wiedziałem, że nadejdzie kiedyś ten dzień kolejnej próby. Wreszcie 13 października tego roku udało się wystartować ponownie. Ponownie było warto.


Przez okres mojej nieobecności poznańska impreza zdążyła się lekko rozrosnąć - od 4 tys. zawodników na mecie w 2009 r. do blisko 5,5 tys. w 2012 r. W ciągu tego czasu także trasa uległa zmianie na jednopętlową (po raz drugi od poprzedniej edycji). Być może właśnie ten element pozwolił organizatorom pobić kolejny rekord frekwencji. 5678 biegaczy mijających linię mety tego koronnego dystansu musi robić wrażenie. Biegaczy, którzy pokonali trudną trasę, zdawałoby się coraz trudniejszą im bliżej jej końca. Druga „połówka” maratonu zawsze jest trudniejsza, jednak legendarny pewnie już podbieg na ul. Serbskiej (36-37km), utrudnił ją jeszcze bardziej. Z pewnością wielu zawodników będących jeszcze przed przysłowiową ścianą właśnie tam ją spotkało. A dodatkowo podbieg po bruku na ul. Mickiewicza (ok 41 km) musiał wypompować ich z resztek sił.

Po raz kolejny uczestnicy mogli docenić tę słynną unikatową atmosferę biegu. Ta dobra marka poznańskiego maratonu po 14 jego edycji na pewno nie ulegnie zmianie. Mimo wczesnej pory kibice żywiołowo dopingowali zawodników. Często sam będąc tego świadkiem słysząc swoje imię wypowiedziane z ust obcej mi osoby po chwili zamysłu „Skąd ona je zna?” (oczywiście imię znajdowało się na numerze) czułem się jak bohater tego niedzielnego, październikowego poranka. Tak też musiała czuć się rzesza pozostałych biegaczy walczących ze swoimi słabościami czy licznymi zbiegami i podbiegami na trasie. Tu na szczęście pogoda nie dołożyła przeciwności losu, a wręcz przeciwnie – było ciepło i praktycznie bezwietrznie przy braku deszczu.

Zwycięzcą biegu okazał się Kenijczyk D. Tarus z dobrym wynikiem 2h13:08. Trzecie i czwarte miejsce zajęli Polacy, kolejno P. Ochal i E. Dobrowolski. Wśród pań zwyciężyła Białorusinka M. Damantsevich (2h36:02), a óśme pod rząd podium zaliczyła Polka A. Merloch. Porównując do konkurenta, 35.Maratonu Warszawskiego, zwycięzca zanotował znacznie gorszy czas a 10 miejsce można było uzyskać z czasem o 2 minuty gorszym, choć liczba Polaków w top10 była większa (w poznańskiej imprezie trzech).

14.Poznań Maraton im. M. Frankiewicza zwrócił moją uwagę przede wszystkim swoją doskonałą organizacją. Wcześniej myślałem, że nie można nic więcej poprawić w funkcjonowaniu całej imprezy. Po przeniesieniu linii startu i mety na teren MTP poziom poszedł o kilka wyżej. Biuro działało bez zarzutu, targi Sport Fair były czynne nawet po biegu, a specjalna hala z szatniami i masażami dostępna tylko dla zawodników zdecydowanie pozwoliła uniknąć sztucznego tłumu. Wbrew wszelkim (dziwnym) opiniom o braku tabliczek z oznakowaniami kilometrów mogę zapewnić, że w drugiej części trasy, tej ważniejszej, wszystkie były.

A jaka ta edycja była dla mnie? Zdecydowanie rekordowa. Mocno sentymentalna. Bardzo motywująca. Po sezonie poukładanym od początku do końca, obfitującym w ciężką treningową pracę ustanowiłem swoją „życiówkę” łamiąc barierę trzech godzin. I o dziwo jak podejrzewałem, wynik 2h58,14 nie wprawił mnie we wzruszenie. Te było powodem tej licznej rzeszy biegaczy wbiegającej na metę (dokładnie oglądałem finiszujących na ok. 4 godziny) w różnych dziwnych pozach kończących czasem mniej dumnie swój bieg. Powodem była też ta panująca wokół na mecie atmosfera czegoś wielkiego i niepowtarzalnego, może pierwszych ukończonych maratonów albo tego wielkiego biegowego święta. Trudno powiedzieć.

Fajnym elementem tej edycji był liczny udział biegaczy z regionu. Praktycznie na liśćie wyników naliczyłem ich czternastu (tabelka dostępna tutaj). Spotkałem wielu, z niektórymi zamieniłem słowo, a z jednym miał em przyjemność wracać (jeszcze raz dzięki za "podwózkę" Maciej). Do pełni szczęścia brakowało wypicia tego najsmaczniejszego pomaratońskiego piwa, ale to być może za rok (a na pewno na zakończeniu sezonu w jakimś brodnickim lokalu).

Podsumowując wszystko, uczestniczyłem w wielkim biegowym ogólnopolskim święcie, a moja motywacja sięgnęła tak wysoko, że już nie mogę się doczekać kolejnych startów. Patrząc wstecz moich przygotowań - było warto. Praktycznie 14 miesięcy systematycznej pracy treningowej. Wielu jestem winien podziękowania. Po miesięcznym roztrenowaniu zabieram się do dalszej pracy, by w kolejnym roku pojawić się tutaj ponownie. Mam nadzieję, że obok Ciebie...

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.