RUN to thanks JPII - podsumowanie

Minął praktycznie tydzień a ja cały czas nie mogę się zebrać po "biegRzymce" do Watykanu. Ta pełna prawdziwych skrajnych emocji dopiero po tym czasie pozwoliła jako tako się ogarnąć. Ogarnąć w jednym krótkim ;-) mam nadzieję tekście. Tekście bardzo subiektywnym, bo jakże mogę wypowiadać się za pozostałe 22 osoby (plus kilku bardzo ważnych "technicznych"). 

"RUN to thanks JPII", o którym słyszałem po raz pierwszy na spotkaniu brodnickich biegaczy w listopadzie, wydawał się wtedy nierealnym pomysłem Piotra Wisińskiego. Kolejne dwa robocze zebrania w ciągu miesiąca nie zmieniły tego zupełnie. Dziś już tydzień po całym przedsięwzięciu mogę tylko przyklasnąć organizatorom (a tymi byliśmy w sumie My wszyscy uczestniczący) i współpartnerom biegu. Cały projekt zakończył się sukcesem, choć nie pozbawiony był kilku błędów (często zresztą nie do przewidzenia).

Cała "biegRzymka" oficjalnie rozpoczęta została "prologiem", jak go wśród Nas nazwaliśmy, w Wielką Sobotę 19 kwietnia. Msza Święta w Bratianie z uroczystym błogosławieństwem tamtejszego proboszcza i kolejne błogosławieństwa i słowa głów miejscowości w Nowym Mieście Lubawskim i Kurzętniku. Pierwszy nieoficjalny dzień stał pod znakiem około 8 km (dla niektórych więcej) przetruchtanych w asyście wielu rowerzystów i jazdy konnej (też pielgrzymującej do Stolicy Piotrowej). Następny dzień, Niedziela Wielkanocna, to Rezurekcja w "strojach roboczych pielgrzyma - jak się okazało bardzo widocznych i charakterystycznych kurtkach i dresach z logotypem wyprawy - oraz przemarsz pod Pomnik Jana Pawła II w asyście władz miejskich i kościelnych wraz z uczestniczącymi we mszy. Tu konieczne "pogadanki organizacyjno - administracyjne" i wreszcie wszystko mogło się zacząć.

Wielu z Nas jako powód pielgrzymki podawało temat przewodni - dziękczynienie Janu Pawłowi II za posługę Polakom. Wielu z Nas było nie łatwo rozstać się ze swoim codziennym życiem, obowiązkami wobec rodziny, choć pewnie słuszny cel napełniał pozytywną energią. Dla mnie osobiście podziękowania dla Papieża Polaka wyrażone w ten sposób wydawały się zbyteczne, bo pewnie wzorem słów "nie budujcie mi pomników..." zapewne też negowałby tę inicjatywę, jako zbyt kosztowną. Natomiast sam pomysł wydał mi się niesamowitą przygodą (zresztą co potwierdziłem wypowiedzią w filmie promocyjnym), a uczestnictwo w nim ogromną nobilitacją. Z drugiej strony poświęcenie dobrego tygodnia z życia na rzecz tej niełatwej inicjatywy kosztem swojej rodziny było moją pokutą niemiłosierną. Tym większą im szybciej następował dzień rozłąki i mijały kolejne dni "RUN to thanks JPII". Pokutą było również podróżowanie po 10-14 godzin dziennie busem z przerwą na bieganie...

Trasa biegu liczyła blisko 2100 kilometrów podzielone na 7 dni. Po pierwszych dwóch dniach w Polsce, kolejny poświęcony był na Słowację, kolejny na Austrię, a cała reszta na Włochy. Mocniej pagórkowaty teren spotkaliśmy już od drugiego dnia. Poważniejsze góry dla niektórych pokazywały się na drugim, czwarty, piątym i szóstym dniu. Podział poszczególnych kilometrów odbywał się co wieczór a rozdzielane 200 - 400 km w zależności od dnia dawały różne możliwości ukształtowania trasy i jej trudności. Cała "biegRzymka" odbywała się w systemie 5 km biegów, gdzie samochód z grupą czekał na 5 km na biegnącego zawodnika w międzyczasie wypuszczając kolejnego. Po dotarciu poprzedniego bus przemieszczał się na kolejna wielokrotność 5 km powtarzając całą procedurę. W ten sposób bezpiecznie mogliśmy dobiec do celu a przy tym uniknąć nieporozumień logistycznych. System sprawdził się doskonale. Co prawda czasami trzeba było go zmodyfikować. Eskortująca samochodem osobowym włoska policja podczas święta państwowego czy zapchane podrzymskie drogi były tego przyczynami. W każdym razie "kilometrówka" wyprawy została biegowo zrealizowana. Niesamowite przeżycia z obserwacji Słowacji (wszędzie z boku góry, a droga względnie płaska od początku do końca), Austrii (czystość i porządek z niesamowitą kulturą jazdy po niemniej kulturalnych drogach z położonymi obok drogami rowerowymi!) czy Włoch (przepiękne widoki górskich wioseczek ze "śródziemnomorskiej" cegły z narowistymi i nieogarniętymi włoskimi kierowcami) pozostaną w Naszych głowach na zawsze.

Podsumowując cały "RUN to thanks JPII" można uznać za ogromny lokalny sukces brodnickiego (i nowomiejskiego) środowiska biegaczy. Gratulacje za pomysł i realizację dla szefa całego zamieszania - Piotra Wisińskiego. Po pierwsze - duchowo - mogliśmy osobiście oddać hołd Janowi Pawłowi II i zanieść na swoich barkach do Watykanu "wielkie dzięki" wszystkich mieszkańców Brodnicy. Po drugie - środowiskowo - żyjąc ze sobą ponad tydzień w trudnych okolicznościach mogliśmy zżyć się a przez to dokonać tego nierealistycznego dzieła i uwierzyć, że można naprawdę sporo jeszcze w swoim życiu zrobić. Po trzecie - patrząc zupełnie materialnie, mimo względnie wysokich kosztów przedsięwzięcia nie widziałem lepszej reklamy Brodnicy w tv i w świecie (obszerne relacje w TVP info, TVP Bydgoszcz, liczne pozytywne "zaczepki" w trakcie wyprawy i obecności na Placu św. Piotra). Swoją drogą to chyba nazywa się teraz nowoczesny marketing turystyczny ;-)


P. S. Dla mnie największym pozytywem "biegRzymki" byli pozytywnie ludzie, szczególnie CI z którymi codziennie podczas noclegów i 12 godzin w busie ciągle się stykałem. Największym negatywem był brudny "pozazabytkowy" Rzym, komercja, grubiaństwo i zaślepienie Placu św. Piotra.

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.