Bieganie - moja wartość dodana

Mówić o bieganiu w czasie kiedy jest ono trendy raczej nie jest niczym niezwykłym. Coraz częściej widzimy truchtających po parkach i lasach a nawet po ulicach w blasku świecących latarni. Ci z pewnością w sporej większości zagadaliby Nas w tym temacie bardzo mocno. Ja o bieganiu z reguły mówię mało, no chyba, że ktoś ciągnie mnie za język (choć paradoksalnie jestem przecież jedynym lokalnym biegowym blogerem). Mimo wszystko w toku ostatnich towarzyszących mi okoliczności spojrzałem na "moje bieganie" zupełnie innym okiem. Co więcej postanowiłem uchylić odrobinę tego rąbka biegowej metafizyki dla Was...


Myślę sobie, że jako debiutant maratoński z roku 2006 (7.Poznań Maraton i niesamowite jak na tamten trening 3h30) - z czasów kiedy bieganie jeszcze nie przeżywało takiego boomu, choć ten już był wyczuwalny (tamten maraton ukończyło 2211 zawodników) - mogę na nie spojrzeć zupełnie inaczej niż Ci, którzy uczestniczą w całym pędzie biegowym teraz. Wtedy biegało się z lekkim zażenowaniem i głęboko zasuniętą czapką, a wytykanie palcem było na porządku dziennym. Wbrew pozorom było to całkiem dawno (8lat...mój Boże jak ten czas leci?!), ale nie tak dawno, żebym o tym nie pamiętał. Z pewnością wielu, którzy wtedy dziwili się na widok biegacza, dziś sami co najmniej raz w tygodniu zakładają buty biegowe na nogi i lecą na szybką przebieżkę. No i fajnie. Na początku także odczuwają lekką nutę wstydu, ale uśmiechy przechodniów czy "piątką" od nabiegającego z przeciwka kolegi dodają im otuchy. W sumie w całym mieście Brodnica (tylko za nie mogę się wypowiadać) liczba takich zajść zwielokrotniła się ogromnie. Bardzo fajnie. Jednak zapytani dlaczego to robią...wstyd powraca, bo to przecież związane jest z Naszymi słabościami. Wagą, tuszą, ogólną sprawnością czy samopoczuciem. U mnie chyba też tak było...

Ja zacząłem najpierw "pobiegiwać" by dostać się na poznański AWF. Do tej pory pamiętam, mimo cyklicznie zaliczanych szkolnych zawodów biegowych, te mordercze "ósemki" z kolegą Dąbrem. Robione na trzy razy ;-). Cel był prosty; egzaminy na uczelnie. Potem biegało się by się rozgrzać przed zajęciami. Dwa, trzy kółka na stadionie AWFu (jakże fajnie było później tu wrócić na biegowe akcenty ;-). Wreszcie z kolegą Bułą, byłym lekkoatletą, zaczęliśmy sobie truchtać tam, gdzie rozpoczęło się wiele poznańskich "karier" - na Malcie. I jak to bywa często w życiu i jego niewyjaśnionych meandrach nie wiadomo dlaczego, nie namawiany przez nikogo, nagle zapragnąłem pokonać organizowany wtedy od 6 lat poznański maraton. Co mi strzeliło do głowy nie mam pojęcia. Skąd się wziął taki pomysł...nie wiem. Po prostu chciałem. Ustalony amatorski trening: bieganie co drugi dzień, głównie 10-12 kmów i może ze dwa dłuższe wybiegania w okolicach 21 kmów (i to chyba przez pomyłkę, bo miało być max 20 ;-) Sięgając gdzieś tam mocno wstecz chodziło chyba o sprawdzenie swojego organizmu i tej słynnej maratońskiej ściany (jak na złość miałem dopiero na 41 kmie). Potem młodzieńczym pędem chciałem wziąć jeszcze więcej i pokonać tradycyjną barierę 3 godzin. Wir już bardziej specjalistycznych treningów, tak jak poprzednio, odbywających się przez całe wakacje, służących tym razem typowemu biciu rekordów. Młodzieńczej pasji bycia szybszym, wytrwalszym i lepszym. Po serii przeciążeń podczas drugiej próby bicia bariery (9.Poznań Maraton) ambicje musiałem mocno poskromić - moje bieganie mnie zawiodło. Co ciekawe nawet w tej całej historii maratońsko - biegowej pojawiła się moja żona (skrzętnie wykorzystała temat maratonu do podciągnięcia znajomości...pewnie sama nie wie jaki to miało wpływ na nasze dalsze losy ;-). Podbudowany po raz kolejny w dziesiątej edycji próbowałem ponownie (ehhh...jak wyglądało by moje bieganie gdybym wtedy te 1,5 minuty szybciej pobiegł...). Wszystko za sprawą chęci bicia rekordów i stawania się "lepszym" biegaczem. Krótko potem te "moje bieganko" się sypnęło. Przeciążenia, kontuzje, przerwy i nieudane powroty. Już wtedy ta moja biegowa aktywność, paradoksalnie dzięki jej niemożności, nabierała zupełnie innego sensu. Widać to było podczas krótkich okresów kiedy mogłem ubrać buty biegowe i wyskoczyć na chwilowe wyciszenie. Choć uśpiony upiór "lepszego biegacza" gdzieś tam dalej tkwił...

Kolejny przypadek, zrządzenie losu, jeśli ktoś w takie rzeczy wierzy, spotkanie Janusza, zaawansowanego biegacza z rekordem 2h32, zupełnie odmieniło bieg tej historii. Oczywiście chciałbym powiedzieć, że to moja wiedza i ogromna motywacja w jej szukaniu oraz nauka na własnych doświadczeniach odegrała całą rolę w moim udanym powrocie w 14.Poznań Maratonie (i bez trudu zrealizowanym 2h58). Z pewnością wyśmiewany przez kolegów ekscentryczny Janusz i nasze luźne dywagacje na temat biegania, jego przejrzane dzienniki (dzięki jeszcze raz...) odegrały w tym pozytywną rolę. To on wskazał mi powoli wcześniej rodzącą się we mnie wartość biegania, ugruntował ją. Jego "Dobry biegacz biega wolno i szybko, a bardzo dobry bardzo wolno, wolno, szybko i bardzo szybko" do tej pory siedzi mi w głowie podczas każdego układania planu treningowego. Radość z biegania tym bardziej narosła kiedy już sam, jako działający masażysta i instruktor, potrafiłem opanować problemy przeciążeń i lekko "oszukiwać" organizm. Wydawało mi się, że to właśnie tą cierpliwość biegania cenię najbardziej. Tę sprawiedliwość wysiłku, w który tyle ile włożysz tyle dostaniesz. Bez pośpiechu i powoli do przodu. Wydawało mi się...

Ostatnimi czasy kiedy niby o tym pamiętałem w toku nabrzmiałych echem przeprowadzki i nowych zmian w życiu okolicznościach bieganie stało się dla mnie jeszcze większą wartością dodaną. Wartością o tyle poszukiwaną, że mogłem wycisnąć trening tempowy nawet o 22 po dniu najeżonym przeciwnościami, że przeciętnemu śmiertelnikowi odechciewało się kiwnąć palcem. I o ile więcej poszukiwałem przyczyn tego stanu to tym bardziej byłem pewien, że przestałem nawet myśleć o planowanym wyniku 2h49, o tym, że ten trening był ważny dla podtrzymania parametrów itd. Wartością dodaną stało się samo bieganie..na wskroś przenikniętą radością ruchu, poczucia wiatru we włosach, spełnienia i realizacji, poczuciem uczestniczenia w czymś stałym i niezależnym od różnych przeciwności losu. A tych ostatnich w poprzednich miesiącach nie brakowało. Bieganie stało się czymś poza, co trzymało mnie mocno w garści i nie pozwalało się rozpaść na te tysiące kawałków przeciętniactwa. Ot taka wartość dodana...

Zatem jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli pociągnąć mnie za język...zastanówcie się mocno. Rzadko mówię o bieganiu, ale jak widać nie sprawia mi to problemu ;-). Jednak o wartościach dodanych nie rozmawia się tak często, a przynajmniej na pewno nie często w kategoriach metafizyki.

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.