15.Poznań Maraton i ...koniec sezonu

marathon.poznan.pl
Jadąc do Poznania biłem się z myślami czy jest sens startować w tej mojej sentymentalnej imprezie. Rozsądek mówił, że nie ma najmniejszego sensu. Jednak głęboko schowany materializm przekonał głowę...niestety, jak zwykle Volvo padło łupem kogoś innego. Bądź co bądź wreszcie długo wyczekiwany koniec sezonu 2013/14. Nareszcie. Dużo się nauczyłem, spotkałem ponownie dawne demony przeszłości. Pod spodem krótka relacja plus analiza końcowej pracy (może za jakiś czas jak emocje opadną zaprezentuję jakąś dłuższą).

Co by nie mówić przebiec maraton w Poznaniu nawet na jednej nodze (nie polecam nie doświadczonym zawodnikom) jest to uczucie niewyobrażalne. Jeśli przez pierwsze 35 kilometrów lewe kolano ciągle z mniejszym czy większym natężeniem bólowym(prawdopodobny ITBS) dawało o sobie znać to już ostatnie kilometry chyba odłączyłem się od ciała na totalnie odjechanym flow. Czas 3h38 z hakiem w ogóle nie spełnił założeń sezonowych. Organizm jakoś strasznie się nie zmęczył, a  co ciekawe najbardziej od klaskania ucierpiały dłonie (choć podczas startu tętno powyżej 180 parę razy zamajaczyło). Dziś tradycyjnie obolały po maratońskim dystansie z przyjemnością patrzę na wczoraj jako dzień, nie boję się tego powiedzieć, jednego z najprzyjemniejszych biegów. Mój organizm do długiego wysiłku jest stworzony, nie mówiąc już o poznańskich kibicach, którzy według mojego skromnego zdania są najlepszą publicznością biegową w Polsce. O ile ja na podstawie tych paru maratonów bieganych tylko w Poznaniu oraz kilkunastu krótszych biegów w Polsce mogę mieć mylne pojęcie to na pewno wielokrotnie powtarzane podobne zdania innych zawodników w zupełności mnie przekonują. W ciągu poprzednich ośmiu edycji biegu startowałem tutaj sześćiokrotnie. Pierwsze imprezy gromadziły kibiców mniej, choć z każdą kolejną ich przybywało. W poprzednim roku przebiegałem przez jeden, góra dwa szpalery ludzi gromadzących się na trasie. W tym roku takich żywiołowo dopingujących grup było o wiele więcej, nie mówiąc o sznureczkach ludzi, a często też pojedynczych osobach skandujących Twoje imię i gorąco zachęcających do ukończenia morderczego dystansu. Brawo Poznaniacy. DLA WAS WARTO TU BIEGAĆ CO ROK!!!

Ten bieg dla mnie będzie także wyjątkowy z innego punktu widzenia. Oglądałem go najpierw z perspektywy zawodnika stojącego głęboko w środku stawki. Stanąłem przy pacemakerach na 4h, skąd dojście do startu zajęło mi ok. 2,5 minuty. Potem walcząc z jak najbardziej komfortowym biegiem (technika "na pingwina" i technika "biegu na jednej nodze") i przekonując się, że jednak za wolne tempo nie będzie mi sprzyjało postanowiłem przesuwać się do przodu. Przez pierwsze 10 km wyprzedzanie było względnie trudne. Na trasie panował spoty tłok. Po tych początkowych kilometrach stawka się "rozluźniła" i szło to potem całkiem przyjemnie. Mimo wszystko organizacyjnie nie można mieć żadnych zastrzeżeń (przecież organizatorzy nie ogarną każdego zawodnika "mylącego" strefę czy swoje możliwości wynikowe). 

Bieg był też fajny pod względem małego wyczerpania fizycznego. Oprócz ciągłej świadomości i wnikliwego obserwowania tego co działo się na trasie (sporo skurczy mięśniowych, kilka osób wyczerpanych i sygnały ambulansu, ale tez Ci niesamowici kibice) mogłem także pomóc swojemu koledze w osiągnięciu wymarzonego czasu. Rzecz bezcenna. Trasa przeciętna, jakoś mocno nie różniąca się przebiegiem od tych z poprzednich lat, chyba wielu zaskoczyła. Z pewnością chciałbym z nią powalczyć za rok o jakiś fajny rezultat. Poczuć ponownie tę energię przekazywaną na każdym kroku, nawet parę godzin po imprezie.

Z trenerskiego punktu widzenia start po 7 tygodniach od pierwszego objawu kontuzji (26 sierpnia) z taką łatwością zrealizowany mimo 8 jednostek treningowych biegowych można uznać za sukces. Jednak po raz kolejny stare demony wygrały i ostatni tydzień sierpnia okazał się tym decydującym o "sypnięciu się" całego planu. Jeden trening ciągły na progu beztlenowym i nieudane, już mocno bolesne, wybieganie zniszczyły te moje słabe lewe kolano. Dalszy testowy półmaraton w Iławie, już biegany na jednej nodze, miał być podtrzymujący. Wtedy jeszcze wierzyłem, że nie wszystko stracone. Tydzień przerwy i kolejne nieudane wybieganie już powoli ukierunkowały mnie na "tylko łamanie 3 godzin". Kolejne dwa tygodnie przerwy biegowej i wyrównywanie timingu mięśniowego, rozciąganie pasma i jego wzmacnianie z kolejnym bolesnym wybieganiem zupełnie pozbaiwły mie złudzeń. W tym kontekście jest to pozytyw. Nawet dziś po starcie kontuzja nie daje się tak we znaki. Pamiętajmy jednak, że obok w tle dwukrotnie realizowany na tydzień spinning podtrzymał efekt pracy wykonanej wcześniej i mimo lekkiego spadku godzin treningowych (w sierpniu 22,5 godzin treningowych, we wrześniu 18,5), przy tym małej ilości biegania (we wrześni ponad 17 godzin zajęciowych do 1,5 godziny biegania!, w porównaniu z sierpniem z 1h zajęciową) jakoś to wszystko się udało zrealizować. Nareszcie koniec tego sezonu. Dziś trzeba będzie to opić ;-)


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.