Śpiesz się powoli...

topgear.com.pl
Bieganie od paru lat w toku codziennych monotonii staje się pasją wielu. Choć złośliwcy rozczłonkowując je na pomniejsze części widzi także tę sporą dozę monotonii, pozostali wręcz przeciwnie - łakną go niczym świeżego powietrza. Fenomen socjologiczny niesamowity. Szkoda tylko, że nie do końca taki oderwany od szarej codzienności. Bo często powtarzający jej błędy i szukający tych samych wad...


Początek mojego biegania wiązał się, tak jak wcześniej pisałem (tutaj) z chęcią rywalizacji ze sobą i łamaniem własnych barier. Pytanie czy dam radę przerodziło się w stwierdzenie daję radę i chcę zmienić świat (choćby wokół siebie) tą pozytywna energią. Wielu z Was, mimo innych powodów, które nota bene są najmniej ważne, podąża tą samą drogą. Bardzo z tego powodu się cieszę. Niestety wielu z Was, mimo ogromnej liczby publikacji i wiedzy w nich zawartej (może to ta dezinformacja jest przyczyną) popełnia ciągle te same błędy. Zamiast cieszyć się powiewem biegowej swobody pośród licznych trosk dnia wrzuca w swoje przyzwyczajenia do "biegowych 30 minut". 

W okolicznościach powiększającej się truchtającej społeczności wychodzi na to, że tylko ci bardziej zaawansowani biegają wolniej i potrafią częściej cieszyć się luzem biegowym. Dla mnie jest to wielkim paradoksem, że amator - dopiero co rozpoczynający bieganie - łyka kolejne kilometry w tempie 5-5:30/km, kiedy ja swoje planowe rozbiegania między kluczowymi treningami robię w podobnym tempie. Przy okazji mając radość przeogromną, bo wreszcie trochę wolniej, bo wreszcie czas jest odetchnąć od biegowych "ograniczeń". Amator biegnie maraton na 3h40-4h ciesząc się z wyniku, choć żałując i czując, że mógł lepiej, bo tak szybko biega. Ja realizuje cel poniżej 3 h. Takich sytuacji można przytoczyć wiele. Najśmieszniejsze, iż adept biegania tych prędkości na początku nie za bardzo "kuma". O ile tempo na początku dla każdego początkującego biegacza jest, delikatnie mówiąc, abstrakcyjne to zmęczenie powinno być wystarczającym wskaźnikiem. Początkujący bez solidnego przeorania treningu nie może skończyć. Już nie dziwi mnie spojrzenie "tak wolno" określające moje prędkości treningowe. Zresztą zdarza się to także u moich znajomych z maratońskiego zakresu 2h50.

Melodia codzienności, a więc szybkie śniadanie, odprowadzenie dzieci do szkoły czy przedszkola, żeby tylko się spóźnić. Szybko, szybko...W pracy - kolejne - jak najszybsze realizacje powierzonych zadań, bo tu premia, a tu ktoś czeka na kolejne zlecenia, a im więcej zrobimy tym więcej zarobimy. Szybko, szybko...Kolejka w sklepie, szybko trzeba obsłużyć, szybko bo przecież potem nie zdążymy do babci. Nie mówiąc o wywiadówce czy biznesowym spotkaniu. Szybko, szybko...i tak w kółko. Dlaczego więc bieganie ma być inne? Przecież ono też stanowi część naszego szybkiego życia...

Za to też lubię trening biegowy. Daje on największe efekty kiedy cierpliwie realizujesz zamierzone plany. Plany sezon po sezonie, z odpowiednią proporcją prędkości ("szybkości i wolności" :-D), z idealnym wyważeniem, co ważne indywidualnym, środków treningowych. Tu sama szybkośc przeniesiona prosto z życia nic nie daje. Ważniejsze jest w bieganiu to, że musisz się zatrzymać, by być szybszym. Paradoks od dawna zapomniany w tej szarej melodii codzienności.

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.