Bredzenie o planach noworocznych (treningowych)

Ostatnio w ręce wpadło mi piątkowe wydanie "Wyborczej". W niej tekst na temat noworocznych celów i postanowień. Podobno tylko 8% z nich zostaje zrealizowana. Prawda, że to bardzo mało. Od razu zacząłem się zastanawiać dlaczego mnie się udało kilkukrotnie. Dlaczego udało się wielu moim znajomym. Przecież w bieganiu liczy się wytrwałość, ale czy tylko? No właśnie...

Wielokrotnie słyszymy, jak to sąsiad, kolega z pracy czy (w moim przypadku) klient mówi o tym co będzie robił a czego nie po następującej magicznej dacie 31 grudnia. Okres obżerania świątecznego i wykolejenia z rytmu normalnego trybu życia pewnie wzbudza poczucie winy. Ja mimo wszystko bardziej wierzę w cudowny etap zamykania poprzedniego roku i otwierania nowego. Przecież w końcu każdy uwielbia widzieć w sobie podrasowanego sportowca - biegacza. 

Pewnie spora w tym rzecz, że te nasze "rzeczywiste ja" często nie za bardzo ma się do tej idealnej sylwetki za dwa - trzy miesiące. "Wymarzone ja" wyrzeźbione, "wypacykowane" umiejętnościami podrasowanymi o parę jakości zupełnie zasłania nam widok. Cała praca, ciężka i nie do przeskoczenia, znika z horyzontu kryjąc się gdzieś tam za pewną zasłoną sukcesu. Czy to nas gubi? Nie sądzę...choć zderzenie z realiami zawsze boli.

Zdecydowanym problemem jest chęć przeskoczenia o te kilka zmian za dużo. Jeśli w ciągu jednej magicznej nocy (no może dwóch, bo przecież jedną bawimy się a drugą dochodzimy do siebie) zmieniasz jadłospis, plan dnia, hierarchię celów to nie może się udać. No, ok. Może...ale tylko u psychicznie chorych. Z reguły coach z Wyborczej mówił o 2 tygodniach prób realizacji "cudu".  W sumie mogę potwierdzić. W klubie fitness właśnie po takim czasie noworoczny boom na siłowni czy salach cardio (co ciekawe głównie tylko tam!) zaczyna maleć.

Tak to już jest, że często sami sobie wszystko utrudniamy. Przecież nikt nie wymaga od zwyczajnego "biegowego" Kowalskiego stania się Korzeniowskim w latach świetności w ciągu paru dni. Zmiany niech się dzieją powoli i raz za razem co jakiś czas napędzają. Wbrew globalistycznemu pośpiechowi tu bardziej potrzeba tej wytrwałości, która z każdą minutą treningu przybliży Kowalskiego ku świetlanemu "wymarzonemu ja". Dlatego najpierw zacznij od braku bredzenia o noworocznych postanowieniach i zastanów się czy CI się w ogóle chce tak rozsądnie i powoli. Potem może być już za późno. Jeśli odpowiedź jest twierdząca to fajnie. Jeśli przeciwnie - brnij w powszechne 92%. 

Dalej, jak to mawiał K. MacLachan z "Twin Peaks", każdego dnia daj sobie prezent. By cała misja zbliżenia Kowalskiego do Korzeniowskiego przebiegła sprawnie najpierw znajdź tą najłatwiejszą zmianę i postaraj się by maksymalnie sobie ją ułatwić. Przygotowanie zdrowego fajnego żarcia, wcześniejsze zaplanowanie dnia by trening nie przebiegał w stresie codzienności, bardzo luźne podejście do wymagań treningu itd itp.  

Patrząc wstecz swojej przygody z postanowieniami zawsze byłem tak, jak Wy - wysoko. Próba zrobienia mgr psychologii, pierwszy maraton, następnie złamanie magicznej granicy 3h, aż wreszcie znalezienie wymarzonej pracy i kontynuowanie pasji. Wszystko to poprzez cierpliwość i planowanie względnie realnych, małych kroków (plus ciągłych codziennych "prezentów"). Phi tam z subiektywizmem. Obiektywnie rzecz biorąc bredzenie noworoczne nie ma sensu. Nie planuj nic a zacznij powoli się zmieniać (treningowo) ;-)

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.