Test produktów TORQ - cz. I system Energy


Wbrew branżowym regułom, jako instruktor fitness nigdy nie byłem wielkim fanem permanentnej suplementacji. Tym bardziej nie mogłem znać wielu marek działających w tym segmencie, a co dopiero brytyjski TORQ. Firma od wielu lat zajmuje się suplementacją sportowców, wywodząc swoje korzenie z kolarstwa górskiego. Ostatnio coraz częściej pomaga biegaczom długodystansowym i triatlonistom. Grzechem byłoby nie wykorzystać szansy takiego testu...

Pełen opis udostępnionych (płatnie jeżeli dla niektórych jest to ważne) do testu produktów i ich wpływu na mój trening, niestety, nie jestem w stanie zawrzeć w jednym tekście. Tym bardziej, że dokładne zrozumienie filozofii TORQ zajmie w tych kilku częściach sporo miejsca. Zacznijmy od tego, że producent dzieli swoje wspomagacze treningu wytrzymałościowego na dwa systemy. Pierwszym z nich jest „system energii,” czyli aromatyzowany napój energetyczny, żele i batony stosowane razem. Drugim jest „system regeneracji” złożony dodatkowo z dwóch uzupełniających się opcji napojów węglowodanowo – białkowych oraz kolejnego bezsmakowego „carbo”. Razem oba systemy tworzą jeden komplementarny „system odżywania TORQ” - bo przecież węglowodany czy makroskładniki uzupełniane w trakcie trwania treningu już niejako stanowią początek regeneracji, a ta sama w sobie zależy także od tego co jedliśmy przed i w trakcie treningu. Nie tylko dlatego zainteresowałem się produktami brytyjskiej firmy...

TORQ stworzył także swoisty „system ładowania energii” z własną jednostką. 1 jednostka TORQ stanowi 30g węglowodanów, a każdy żel, baton (obydwa o gramaturze 45 g) i Energy (500ml o stężeniu 6%) jest jej materialnym wyznacznikiem. Według licznych badań, którymi producent nie tylko w tym przypadku się podpiera, organizm zawodnika jest w stanie przyjąć maksymalnie 90 g węglowodanów na godzinę, czyli 3 jednostki TORQ (dla początkujących i lżejszych sugerowane jest rozpoczęcie dawkowania od dwóch). W zależności od okoliczności takich, jak intensywność czy temperatura otoczenia może to stanowić sam napój energetyczny albo kombinacje wszystkich produktów (im więcej się pocimy tym więcej musimy się nawadniać). Trzeba także dodać, że ta przyswajalna ilość węglowodanów możliwa jest tylko poprzez, sugerowane przez badania, idealną proporcję maltodekstryny do fruktozy (oprócz produktów TORQ na polskim rynku stosowane tylko w żelach MAXIM). Dosyć o teorii w tej części, choć w sumie ta przede wszystkich przekonała mnie do zainteresowania się suplementacją TORQ. Reszta prezentowana jest na oficjalnych stronach firmy (liczne odnośniki do badań) lub w kolejnych częściach testu. Czas opisać praktykę systemu energii...

Przez ponad miesiąc miałem do dyspozycji wszystkie produkty „systemu energii”, czyli duże opakowanie 1,5kg „carbo” o smaku naturalna pomarańcza, trzy saszetki (naturalna cytryna, wanilia i grejpfrut), 4 batony (pikantna morela, suszone banany, jabłko i malina oraz mango) jak i 7 sztuk żeli. Z racji specyfiki mojej aktywności postanowiłem testowanie żeli zostawić na warunki wiosenno – letnie, a póki co skupić się na pozostałych produktach. Przez pierwszy tydzień „carbo” wykorzystywałem wyłącznie podczas zajęć spinning (trzy razy w tygodniu po 2 godziny), po czym od kolejnych dorzucałem już praktycznie do każdej siłowni (dwie 60-minutowe jednostki na tydzień), jak i biegania na bieżni mechanicznej (60-90 minutowa jednostka). Jedna jednostka treningowa w tygodniu pozostawała niesuplementowana (60-90 minutowy bieg na powietrzu). Oczywiście jednocześnie by sprostać rzetelnie zadaniu testera co do całego systemu, równocześnie korzystałem z produktów „systemu regeneracji” (kolejna część testu wkrótce). Jakby policzyć wyszło tego sporo, jak to podczas periodyzowanego okresu „budowania siły”.


Pierwsze wrażenie, oczywiście te smakowe, nie rzuciło mnie na kolana. „Debiutancka próbka”
naturalnej pomarańczy była mało słodka, choć zrobiona w polecanej na gorące, „potliwe” warunki proporcji 6%. Dopiero chwilę po tej złudnej konsumenckiej myśli przypomniałem sobie bezwzględną filozofię TORQ – zero konserwantów, zero barwników, zero substancji słodzących. W składzie natomiast tylko smakowy naturalny aromat, kwas cytrynowy (nie we wszystkich kombinacjach), 5 kluczowych elektrolitów i węglowodany funkcyjne. Wychowany na słodzonych izotonikach oczekiwałem innego posmaku. W kolejnej dawce (przyjętej już na drugiej godzinie spinningu) ta „wada” straciła dla mnie znaczenie. Im więcej TORQ Energy piłem tym bardziej wydawał się mi on przede wszystkim lekko pomarańczowy i dopiero potem minimalnie słodki. Naturalny grejpfrut był inny – przy tej lekkiej słodyczy gryzł już lekko w język. Odmienne i najlepsze według mnie były „wanilia” i „cytryna”. Pierwsza najbardziej słodka i stonowana, druga natomiast bardziej kwaśna i ciekawa. Oczywiście smakowe walory są rzeczą bardzo subiektywną, więc co nam o nich dyskutować. Co innego elektrolity. W półlitrowej porcji mamy 470mg chlorku (chlorek sodu), 275 mg sodu (ch. sodu), 65 mg potasu (ch. potasu), 25 mg wapnia (mleczan wapnia) i 6 mg magnezu (węglan magnezu). Co do optymalnej ilości też ciężko polemizować (choć warto spojrzeć na badania TORQa) to do użytych półproduktów można mieć pretensje. W końcu przyswajalność takiego np. węglanu magnezu jest znikoma. To chyba najsłabsza strona brytyjskiego wspomagacza. Z drugiej strony te bardziej przyswajalne formy podrożały by produkt i znowu mielibyśmy pretensje o cenę. Ta wbrew pozorom w przeliczeniu na 500 ml przygotowanego napoju energetycznego waha się w granicach 2,84 – 4,27 (1,5 kg do 500g kupionego produktu), co jest całkiem atrakcyjną opcją.

Co do dalszych walorów Energy TORQa to sugerowane łatwa rozpuszczalność i brak uczucia ciężkości na żołądku także rozpatruję pozytywnie. Dobre trzy machnięcia i produkt z łatwością stawał się całkowicie płynny, a wypijany nawet po 750 ml na 45 minut spinningu „znikał” w żołądku bez czucia. Podobnie sprawa miała się z batonami. Raz podczas pierwszego dnia walki z rotawirusem (na całe szczęście lekkiej) baton zjedzony przed spinningiem na chory, „zbiegunkowaty” żołądek wręcz uratował mi życie. Ciężkości żadnej. Przeżyłem jazdy i biegowy powrót do domu bez przeszkód. Natomiast smak batona okazał się (podobnie bezsporna sprawa gustu) zdecydowanie już bardziej słodki (w składzie syrop fruktozowy), intensywniejszy i to w przypadku każdej opcji (mi smakowały wszystkie bez wyjątku ;-). Producent ponownie zapunktował odpowiednią wilgotnością i konsystencją, które zdecydowanie ułatwiają suplementację podczas aktywności. Co do ceny batonów te przeliczanie w kartonie po 24 sztuki wychodziły standardowo 8zł za sztukę (można zakupić zestaw mix 10 szt.). Oczywiście jeden baton to jedna jednostka TORQ (30 g węglowodanów i w różnym smaku ok. 1-2 g tłuszczu oraz ok. 2-4 g białka plus 11 witamin – 30-50%RDA). Co ciekawe batony zwierają także w swoim składzie rybozę przyspieszającą regenerację (szerzej w kolejnej części o systemie regeneracji).


Podsumowując produkty ze strefy energetycznej TORQa wchodzą na rynek polski bardzo mocno. Ciężko mi się (mam nadzieję już niedługo będę porównywał więcej wspomagaczy) wypowiadać co do miejsca w szyku innych „carbo”, ale dla mnie jakością wykonania (każda sztuka specjalnie numerowana!), estetyką (dla mnie perfekcja szaty graficznej, nic bym nie zmieniał!!!) i funkcyjnością suplementu wydają się być z przodu. Nigdzie wcześniej (poza może Vitargo) nie widziałem tak mocnego łączenia produktu z efektami badań naukowych. Oczywiście działanie TORQ Energy nie mogę podważyć – tak trudne jednostki treningowe wykonane o wiele łatwiej niż wcześniej o tym świadczą. Choć z drugiej strony ciężko o dokładną rzetelność próby napoju energetycznego w dłuższym czasie przy łączeniu z testowanym obok TORQ Recovery i w ogóle pierwszym tak mocnym użyciu „carbo” w treningu. Zapraszam, sam oceń...

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.