Debiut triathlonowy, czyli co się może stać w ciągu dwóch chwil

picspammy.com
Pamiętacie kiedy to byliście dziećmi...każdy dzień stanowił dla Was wielkie wyzwanie. Ten strach przed każdym nieznajomym. Ta obawa przed każdym nieznanym. Te niebywałe momenty, kiedy to pokonywaliście niewidzialną barierę i mówiliście, niczym Samwise Gamgee w pierwszej części "Władcy Pierścienia", "Tak daleko jeszcze nie poszedłem". I dajecie pierwszy krok TAM DALEJ. Takie magiczne "kroki" dzieją się już gdzieś wcześniej mimo, że w chwili podjęcia decyzji często nie wydają się realne. Czy w ogóle jesteśmy w stanie im podołać?! Jednak czy dziecko nad tym się zastanawia...

Swego czasu, dobrych parę lat temu, tata zabrał mnie do pobliskiego Górzna na któreś tam (7, 8?) Mistrzostwa Polski w Triathlonie (aktualnie ze względu na koszty w Górznie planowano odwołać triathlon, organizowany w Polsce nieprzerwanie od 26 lat, ostatnie doniesienia mówią jednak o zmianie decyzji, choć organizacja miałaby skromniejszy wydźwięk). Często biegający w szkolnych zawodach młody chłopak, z uwielbieniem wielogodzinnie grywający z kolegami w piłkę, nie mógł odpuścić takiej szansy.  Zobaczyć z bliska nową dyscyplinę sportu...bezcenne. Tym bardziej taką elitarną...tak słyszał.


Niedzielna, lipcowa wycieczka zapowiadała się ciekawie. Przy okazji jechała z Nami mama. Ciemny Renault Megane hatchback, rocznik 1994, po krętych zalesionych ulicach Górzna wreszcie dotarł na ul. Leśną w okolice Plaży Miejskiej. Panował ogromny skwar. Dystans Olimpijski. Szybki i bezwzględny. Momentu startu nie pamiętam. Chyba nawet na pewno nie zdążyliśmy na niego. Pamiętam za to finisze poszczególnych zawodników. (Mama na pewno jeszcze bardziej ;-) Momentami skrajne wycieńczenie ledwo pozwalało niektórym uczestnikom dotrzeć do mety...a potem paść. I po (dłuższej) chwili ocucenia przez służby medyczne i cień drzewa wejść triumfalnie do fontanny. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Chyba już wtedy moje ciało wiedziało czego chce kiedyś doświadczyć. Rezolutnie co jakiś czas przypominałem mamie, że kiedyś też tam wystartuję. Tym bardziej przywieziona później przez tatę triatlonowa górznieńska koszulka (chyba z edycji 10, jak on ją dostał?!) stanowiła dla mnie swoisty amulet tej chwili. Wykonana z niskiej jakości bawełny o odcieniu sinego niebieskiego i z żółtym napisem przetrwała ze mną, o dziwo, dobrych parę lat. Wymiętolona na kołnierzu, z dwoma dziurami, w końcu musiała wylądować w koszu. Oczywiście wszystko za sprawą mamy...jakby przeczuwającej, że ten magiczny finisz cały czas siedzi w mojej głowie.


Po kilkunastu latach Volvo Triathlon Series postanowiło zawitać do mojego rodzinnego miasta. Mieszkańcy nie przyjęli go zbyt dobrze (choć cały czas powtarzam, że kibicowania trzeba się nauczyć). Natomiast ten chłopak, może nie od samego początku - w końcu niedzielne obowiązki rodzinne są ważniejsze - wiele godzin stał i przebierał nogami. Najpierw na strefie zmian z pływania na rower a potem roweru na bieg. Skwar pojawił się ponownie. Finisze, mniej spektakularne, także. Projekcja własnego startu stała się realna. 

Nauczony wcześniejszym doświadczeniem zawodniczym - wielokrotnie pokonanymi maratonami, wreszcie poprawnie ułożonymi planami treningowymi i idee fixe sportowym - wiedziałem, że z przyjemnością tego mogę dokonać. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem życiowym byłem pewien, że najpierw trzeba zacząć od głowy i idei a można wszystko. Ba...nie trzeba było długo szukać ;-) Wszystko zdarzyło się wcześniej. I samo powróciło. 

Teraz przygotowując się na te łamanie 5h na dystansie 1/2 IM co rusz zamykam oczy i widzę ciągle te same migawki...skwar, fontanna, brzydka sina koszulka, niesamowity finisz pod brodnicką wieżą krzyżacką. Codziennie rano, wieczorem, na treningu. A do tego dołącza widok mnie...biegnącego ostatnie metry...gdzieś tam z oddali dołącza trzyletnia córka, z którą na ramionach pokonuję ostatnie metry na czerwonym dywanie a zegar w tle wskazuje 4h5? (choć to ostatnie już powoli zaczyna tracić znaczenie,a, ale fajnie by było). Już same myślenie o tym daje mi frajdę i pozytywnego kopa. 

Ostatnio kończąc trening łączony (2km pływania + 1h30 biegu) nawet na myśl o tym popłynęły mi łzy. A to wszystko wydarzyło się najpierw GDZIEŚ TAM. A teraz ciągle, jak dziecko, działam. Z lekkim strachem, obawą, ale także z radością powzięcia próby. A co więcej z nadzieją, że może kiedyś,  już blisko, sam dla mojej córki stworzę taką magiczną chwilę - krok...



Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.