Grudziądz wita biegaczy, czyli fajny Półmaraton Grudziądz - Rulewo


Grudziądz, jako miasto, kojarzył mi się zawsze jako brudny miejski moloch. Nie pytajcie czemu...po prostu jakieś takie dziecięce myślenie o pobliskiej większej miejscowości (mądra wikipedia podaje liczbę ok. 98 tysięcy mieszkańców). Nawet ostatnie dorosłe pobyty do końca mnie z tego majaczenia nie wyrwały. Musiało  dopiero nastąpić spore trzęsienie ziemi w postaci 3. Półmaratonu Grudziądz - Rulewo śladami Bronka Malinowskiego. Choć Graudentum cały czas jako miasto mi się nie podoba to chociaż wiem, że dobrych zawodów może im pozazdrościć niejedna lokacja.

Jak to w życiu bywa nawet nie przypuszczałem, że zaplanowany przez jednego z moich kolegów wspólny rodzinny wyjazd na zawody może być tak miły i względnie niemęczący. Polecana przez niego "połówka w Grudziądzu" miała być bardzo przyzwoita. Mocno pracujący nad sobą w kontekście czerwcowego triatlonu pojechałem właściwie tylko z koleżeńskiego obowiązku. Tym bardziej z rodziną. Na zawody z rodziną?! To tylko może się kojarzyć z pięcioma plagami głodu, placu zabaw, nudzenia się, odciążenia żony i trudnej podróży powrotnej. O dziwo jakoś dało radę...

Rzeczywiście grudziądzka (i rulewska?) impreza okazała się bardzo fajnym pomysłem na spędzenie 3 maja na sportowo. Już od samego początku Grudziądz, tytułowo, witał biegaczy tablicą przy wejściu na Stadion Miejski. Powitał ich Biurem Zawodów w hali sportowej (piękny ponad 100 m tartan w środku) bez kolejek, zbędnych zamieszek i sympatycznymi paniami. Blisko 600 uczestników tego biegowego święta w trakcie biegowego weekendu (podczas długiego weekendu majowego organizatorzy biegowi szaleją i..że im to jeszcze jakoś się z zapotrzebowaniem pokrywa?!) mogło czuć się dopieszczonych. Urokliwy start z bieżni Stadionu Miejskiego (brawo za zmianę - tylko jedna prosta w porównaniu z zeszłoroczną pętlą) z pewnością zapamięta wielu. Wbrew pozorom nie było tak źle z walką startową. Nikt nie wybił mi zębów, nie podstawił nogi, a nawet nie przewrócił. Z tego co widziałem reszcie nie przydarzyło się nic podobnego. Dalej było sporo miejskich ulic i nielubiana kostka brukowa. Ba nawet nie słyszałem jakichś na nią narzekań. Na "5tce" pojawił się most i już dalej mknęliśmy w kierunku Rulewa - podobno miejsca zamieszkania mojego kolegi absolwenta AWF w Poznaniu Bronisława Malinowskiego. Mknęło się całkiem sielsko i anielsko. Sporo lasu, cienia, spokojnych wioseczek z mile klaszczącymi mieszkańcami. Trasa względnie płaska, dopiero w ostatniej ćwiartce, na nieszczęście wybierających za ostre tempo biegu, zaczęła falować. Gdzieś tam w okolicach 17 km nawet asfalt zniknął spod nóg a dobry kilometr stał pod znakiem walki z piaskiem. Finiszowy kilometr też bardzo ciekawy. Najpierw zbieg właściwie w Rulewo. Z utęsknieniem za linią mety mijana tabliczka z nazwą miejscowości mówiła "Już blisko" a tu...ostry zakręt, dalszy zbieg i kolejny jeszcze ostrzejszy skręt w lewo w kierunku kompleksu hotelowo - parkowego Hanza Pałac. Tam iście leśny kross z kilkoma zawijasami i hopkami wreszcie kończył się długa prostą do mety. Taką Naszą biegową i ulubioną. Chyba jedno z najbardziej zaskakujących zakończeń moich biegów (poza Półmaratonem Lechitów i 20-metrowym finiszem pod górę...). Mimo wszystko pozytywnie (w porównaniu do przykładu wyżej). Nie wiem kto to wymyślił, ale chylę czoła. Odświeżające podejście do trasy półmaratońskiej.


Bardzo nowatorskie i odświeżające było też podejście po biegu. Wcześniej finisz z córką i wręczony jej osobisty medal (nic nie zastąpi widoku 3-latki chodzącej po domu z własnym "dumnym" medalem na szyi), potem parę zdjęć i wreszcie (sic!) zimne piwo, zupa, pączek i jogurt. Patrz w dowolnej kolejności - wszystko ucieszyło mnie tak samo. Ba, nawet zupa biegaczowi smakowała...

A w kompleksie sporo atrakcji rodzinnych przygotowane. Był park linowy dla dzieci (tych starszych i młodszych), plac zabaw, pompowane zjeżdzalnie, waty cukrowe etc Dla biegaczy losowane nagrody (debiutanka wygrała nowiusieńki rower Peugeot) i wieczne gadanie (dwóch panów - niestety nie słuchałem i nie pamiętam nazwisk). Miejsc do siedzenia aż nadto (dwie duże strefy "ławkostolików"). No i oczywiście zielono a obok piękny pałac klasycystyczny z 1865 r. Siedziba Hotelu Hanza Pałac (nawet basen tam wcisnęli...). Wystawa paru zdjęć patrona biegu też się znalazła. Słowem wszystko by wypocząć z rodziną po dobrze przepracowanej godzince i pół.

A no właśnie...ja swoje biegowo zrobiłem. Najpierw pomogłem (choć może zbyt szybko...) koledze do 10 km. Potem sprawdziłem swoje braki szybkościowe, które, o dziwo, nie okazały się takie duże. 1h26:44 i odpowiednie na ten czas reakcje organizmu. Objętościówka działa, a ja wracam z kolejnej podróży biegowej zadowolony i względnie niezmęczony. Bo skoro mojej żonie się podobało, moja córka zdobyła pierwszy poważny biegowy medal, a ja poszerzyłem swoją kolekcję doznań o niesamowitą końcówkę w Rulewie. Czego chcieć więcej...może ładnego pamiątkowego kubka. Ano tak...taki też dostałem.

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.