Pianka triathlonowa Orca Sonar


Realizacja marzeń zawsze przynosi ogromnie dużo radości. Tym bardziej podwójna - jako testera sprzętu oraz debiutanta w triathlonie. Tą pierwszą rolę wykonuję już od kilku lat. Tą drugą miałem przyjemność pełnić po raz pierwszy w niedawnym Volvo Triathlon Series Brodnica na dystansie 1/2 IM. Wynikły z tego ciekawe obserwacje i nowa miłość do bardzo ciekawej dyscypliny sportu a przy okazji test pianki Orca Sonar. O nim poniżej...



Jako amator jeśli chodzi o wiedzę „piankową” nie miałem zielonego pojęcia czego spodziewać się po testowanym produkcie. Najpierw w wyborze modelu i jego dopasowania pod parametry mojego ciała pomógł doświadczony przedstawiciel marki Orca. Bez chwili zawahania sięgnęliśmy po model solidnej już klasy piankę Orca Sonar. Powiem szczerze, że już dawno z taką niecierpliwością nie wyglądałem paczki. Z drugiej strony strach wraz z nadchodzącym debiutem i jednak wejściem na nieznane doświadczenia pływania wśród wielu innych piankowiczów narastał. Wreszcie przesyłka doręczona i przeznaczenie czekało u drzwi...


Sklepowy wygląd pianki nadawał jej całkiem dynamiczny charakter, choć w porównaniu z wieloma innymi nie był aż tak agresywny. Jasnozielone półkola na rękawach (szczyt na stawie łokciowym) na tle niebieskawych (?) pręg (całe rękawy plus górna część barku do karku) lekko tonowały design produktu. Biała nazwa marki, Orca, na przodzie klatki piersiowej, części grzbietowej lewego przedramienia i wzdłuż zapięcia z jasnozieloną nazwą modelu, Sonar, na prawym kołnierzu, rękawie, udzie i wzdłuż zapięcia zdawały się mówić „Nie muszę się wyróżniać charakternym wyglądem. Załóż mnie i spróbuj. Naprawdę warto.”. Kolejną ciekawą rzecz dla nowicjusza w tym segmencie sprzętu stanowiły łączenia segmentów neoprenu. Te przebiegały z myślą segmentacji ciała ludzkiego na trzy części: kończyny dolne i górne oraz korpus. Kończyny przede wszystkim łączone były po bokach by jak najmniej ograniczać pracę w płaszczyźnie strzałkowej i nie przeszkadzać zginaczom nadgarstka czy mm. łydki. Dodatkowo sporo uwagi poświęcono na dogranie szwów w kroku – już po pierwszym założeniu zauważyłem wagę dopasowania pianki dla ruchów kraulowych nóg w tym obszarze. Korpus zwracał uwagę specyficznymi łączeniami ograniczającymi klatkę piersiową od brzucha, część zewnętrzną pleców od ich środka i specjalną strefą na pośladkach oraz wzdłuż tylnej części pasma biodrowo – piszczelowego. Wszystkie te podziały stały się bardziej jasne kiedy wgryzałem się w techniczno – marketingowy opis „orki”. Okazało się, że ta specjalna strefa w okolicach lędźwiówki to 4 mm panele Aerodrome z setkami komór powietrznych (podobno o 30% większa wyporność niż standardowy materiał). Rzeczywiście neopren w tym obszarze był znacznie bardziej miękki i jakby nadmuchany. Zresztą podobnie było z przodu korpusu, gdzie kolejny 4mm panel Hydrofit zwiększał wyporność jeszcze bardziej. Z kolei panele w okolicach pach, znacznie cieńsze i zbudowane na technologii Hyperstretch, miały poprawiać elastyczność sprzętu. Całość pianki pokryta była neoprenem Yamamoto 39 – Cell, który miał wpływać na opory w wodzie a jej budowa zapewniać odpowiedni balans pomiędzy wypornością i elastycznością. Mnie natomiast najzwyczajniej w świecie zaintrygował kołnierzyk. Niski, dopasowany i bardzo wygodny.


Oczywiście pierwsze założenie na sucho nie należało do wspaniałych doznań. Obchodząc się z neoprenem jak z jajkiem ubierałem ją 15 minut. Już wtedy ten kołnierzyk, mimo jeszcze wtedy niezbyt idealnego i debiutanckiego dopasowania, oraz niesamowita elastyczność w stawach ramiennych pokazała, że mam do czynienia z fajną klasą sprzętu pływackiego. Zdecydowanie kolejne założenia były już łatwiejsze i bardziej optymalne. Rozmiar 7 zdecydowanie był moim rozmiarem. Wyższe naciągnięcie na łydki, dopasowanie kroku, sporo pracy przy ułożeniu neoprenu na barkach i dociągnięcie materiału podczas zapinania gwarantowały luksus użytkowania. Pierwsze dwa zamoczenia nie do końca były takie szczęśliwe. Gdzieś tam niesciągnięty neopren na lewym barku spowodował większe zmęczenie lewego ramienia. Przy następnym, trzecim, ostatecznym zamoczeniu przed debiutem na dogranie tego szczegółu poświęciłem więcej pracy i spokojnie kolejne 1,5 km upłynęło już bardziej kontrolowanie. Co ważniejsze z fajnym czuciem wody, czyli tym czego brakowało mi na pierwszych zanurzeniach. A zdejmowanie pianki, w końcu druga najważniejsza cecha dobrej pianki? Tę sprawdziłem już podczas 1/2 IM w Brodnicy. Wcześniej starając się spokojnie traktować produkt wyglądało to już dobrze, choć spore obwody łydki ograniczały mnie co nieco. Na T1 zawodów wszystko obyło się na fajnym poziomie. Górny segment zdjąłem już kontrolowanie po 20 m plaży, dolny po dobiegu do strefy zmian i metodzie „stań na nogawkę i zdejmij” nie nastręczył trudności. Kończąc wątek startu zrealizowanego w 38 minut pianka ani razu nie przeszkodziła mi w pływaniu, nie utrudniała poruszania pomiędzy ławicą pozostałych zawodników czy spowalniała ruch. Prędkości pływania osiągane na basenie bez pianki (ok. 2,6km/h) w porównaniu ze startową (3,6 km/h, przepłynąłem jak to nowicjusz 2280m) różniły się dosyć sporo (odczyt Suunto Ambit 2 S).


Podsumowując moją debiutancką przygodę ze startem i testowaniem pianki Orca Sonar nie mogę nie być niezadowolony. 5h01:18 osiągnięte z kontrolowanym pływaniem zdecydowanie utwierdza mnie o idealnie dokonanym wyborze. Orca Sonar nie obtarła mnie, pozwalała z łatwością wykonywać ruchy kraulowe a jej parametry mocno zasłoniły moje pływackie braki i przeciętne umiejętności. Zdecydowanie polecam ją kolejnym adeptom triathlonu...ja z pewnością skorzystam z niej już niebawem.



Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.