Przewrotność losu, zawrotność celu, czyli jak Volvo Triathlon Brodnica pozbawił mnie złudzeń...

zdj. doko.pl

Od kilku lat sporo pracowałem nad sobą by kwestie motywacji wewnętrznej, realnego kształtowania celu długo- i krótkofalowego oraz godzenia życia prywatnego z tym treningowym podnieść do rangi swoich atutów. Sportowe osiągi, a przede wszystkim realizowany trening, są od tych umiejętności mocno zależne. Wraz z polepszaniem wyników sportowych stało się to dla mnie oczywiste. Mimo wszystko jednak postanowiłem zaryzykować i ten sezon - w tym debiut w Volvo Triathlon Series w Brodnicy - zbudować lekko inaczej. W końcu za parę miesięcy moje życie zmieni się po raz drugi a ja jako szczęśliwy tata będę miał miej czasu na sportowe szaleństwa. Jak tu nie wyciskać siódmych potów na treningach i równowagę pomiędzy treningiem a resztą codzienności przesunąć na korzyść tego pierwszego. Zaryzykowałem myśląc, że jest to realne w ciągu sezonu. Opublikowana w ostatni wtorek trasa biegowa brodnickiego triathlonu przyspieszyła tylko pozbywanie się złudzeń...


Od drugiego maratonu potrafiłem już z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć czas uzyskany w docelowych zawodach i kwestie treningowego dążenia do niego. Stworzona obok optymalna hierarchia codziennych obowiązków i naturalnego współistnienia  treningu wystarczającego dla planowanych osiągów pozwalała uniknąć dość długo problemu zbyt krótkiej doby. Wszystko właśnie do wyżej zaistniałych okoliczności. Bycie mężem i tatą szalonej trzyletniej dziewczynki już zabierało sporo energii psychofizycznej. Napędzany tym pozytywnym roztrwanianiem mocy (wszyscy podobni szczęściarze z pewnością wiedzą o czym mówię) podjąłem decyzję o dalszym rozwoju sportowym. W końcu jak tu nie poszaleć kiedy po raz drugi w Twoim rodzinnym mieście pojawia się idealna dla spełnienia marzeń piękna impreza triathlonowa z cyklu Volvo Triathlon Series. Jak spełniać marzenia to już z wielkim przytupem. Jak robić debiut w "półironmanie" na swojej ziemi finiszując pod zabytkowym, przepięknym zabytkowym symbolem miasta znanym i podziwianym od dzieciństwa -  to poniżej 5h. Tu też w trakcie zaczyna się historia małego Kornela, który za niecałe cztery miesiące zacznie przysparzać tacie kolejne porcje radości. Do tego czasu planowany podczas zeszłorocznego debiutu brodnickiego triathlonu finisz z córką na rękach po czerwonym dywanie miał stać się faktem. Jak tu nie inspirować, być inspirowanym i tej inspiracji nie wykorzystać...

Cel łamania magicznej bariery pięciu godzin w 1/2 IM dla triathlonisty - amatora wymaga treningowego Mount Eversetu (nadrobić brak doświadczenia formą sportową to zadanie przetrudne!). Chcąc go zrealizować i korzystając ze swojego sportowego nosa musiałem wręcz zamienić się w półzawodowca. Codzienne jednostki z reguły dwugodzinne, treningi rano i wieczorem, niezmniejszające się obowiązki rodzinne i pracownicze musiały doprowadzić do pierwszych kumulacji zmęczenia. Zadanowiec ciągle widząc szanse zrealizowania planów będzie do nich dążył zmieniając hierarchię. Tak też uczyniłem. Po raz pierwszy w życiu skierowałem się mocniej w stronę sportu niż życia codziennego (kto wie na ile zadziała świadomość pojawienia się Kornela i być może uciekająca szansa spełnienia marzeń). Po raz pierwszy w życiu, czując już balansowanie na cienkiej czerwonej linii równowagi rodzinno - sportowej, świadomie tę większą połowę baku z energią przelałem na niekorzyść Moich Dziewczyn. W końcu nie da rady pojechać mocnego wieczornego spinningu, rano następnego dnia pływać na basenie 45 min i od razu potem 1,5 h pobiegać by ostatecznie w przerwie między kolejną wieczorną 45 min sesją rowerową wrócić do domu i robiąc zakupy uśmiechać się do żony czy znosić cierpliwie udziwnienia żywego dziecka. (Nie mówiąc już o podtrzymaniu planowych publikacji na czytanej właśnie stronce)

Człowiek zawsze łudzi się, że przy doskonałej organizacji może sięgnąć szczytów, spełnić każde marzenie a przy tym nie zawieść wielu ludzi. Że ugruntowane doświadczenia i wyciągnięte z pewnych sytuacji wnioski pozwolą mu uniknąć czynników losowych. Że nigdy nie bierze ponad swoje barki więcej niż mógłby udźwignąć. Że przy ciągłej uwadze skupionej na dążeniu do świadomej realizacji celów nie zaskoczą go żadne przeszkody. Im starszy jest tym mocniej w to wierzy. Stąd też pewien jestem ważkości drobnego czynnika jakim jest nowa (tragiczna i bardzo trudna) trasa biegowa brodnickiego triathlonu. A jednak to ona przelała czarę goryczy i pozbawiła mnie złudzeń a propos moich wyborów.

Wespół ze skumulowanym zmęczeniem, okolicznościami codziennymi, trasa tragicznie dobrana marketingowo, sportowo i zdrowotnie - oczywiście, że czynnik bardzo ważny - nie powinna na tyle psychicznie wpłynąć na tak doświadczonego zawodnika, który swoją formę psychofizyczną budował przez pół roku. Środowy trening, po oficjalnym zamieszczeniu przebiegu trasy na stronie organizatora, wykonałem z wielkim trudem (bardziej tym psychicznym). Niby nie powinienem się dziwić, bo jej jakość (piaszczyste podbiegi, dziurawa polna droga, łatany asfalt), walory promocyjne (obrzeża miasta, brak starówkowych klimatów), widowiskowość (kibicowanie na trasie będzie przypadkowe, poza miejscem zmian i finiszu ) i trudność (przewyższenie ok 50 m, co na dwóch kółkach daje stówę, zbiegi od czwartej godziny wysiłku nie są już ułatwieniem) pozostawia dużo do życzenia. Z którymkolwiek brodniczakiem nie rozmawiam, każdy jest bardzo zwiedziony takim obrotem sprawy. Zeszłoroczne pętle po Starym Mieście i finisz pod Wieżą Krzyżacką został zamieniony na obdarte z celebracji sportowej tereny. 

Mimo wszystko takie drobnostki nie powinny aż tyle mieszać w głowie doświadczonego zawodnika. To, że motywację wewnętrzną budował na mirażach finiszu z córką, kibicowaniu przez znajomych na mieście i innych durnych rzeczach to już jego wina. To, że wierzył we władze miasta rozwijające się w organizacji imprez ogólnopolskich pokroju Volvo Triathlon Series też trzeba włożyć na jego karb. Najgorsze jednak jest to, że podświadomie wierzył w możliwość połączenia zawodowego treningu ze szczęśliwym nie cierpiącym życiem codziennym. Tu równowagi nigdy nie da się utrzymać... to już wiem. Świadome przekroczenie cienkiej czerwonej linii na rzecz paru cyfr mniej oparte na sporym ryzyku jest największą jego ułudą. 

Zresztą za parę dni okaże się czy było warto tak się ponieść złudzeniom...



Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.