Przyjemność osiągów czy "osiągi przyjemności"...



Mając nieskrywaną przyjemność od wielu lat trwać w amatorskim, czasem bardziej zaawansowanym, świecie fitnessowo - sportowym obserwuję go ciągle z ogromną uwagą. Co by nie mówić jest on takim odbiciem lustrzanym naszego codziennego życia wraz z jego marzeniami, kompleksami i emocjami, które ukrywane gdzie indziej podczas tych kilkudziesięciu minut wychodzą na światło dzienne. Dla wytrawnego słuchacza jest to pole niewyczerpalnych opowieści, bo każda osoba ma własną historię i różne motywy. Właśnie na jej podstawie często widać te złe powody aktywności fizycznej...


Wikipedia przyjemność wyjaśnia jako pozytywne doznanie, które analogicznie do bólu może być fizjologicznie opisane jako centralne lub obwodowe. Co więcej mówi o niej, jako przeciwstawności bólu. Hedoniści z kolei stawiają ją jako cel, stan nadrzędny. I to byłoby tyle odnośnie krótkich definicji tego niewyrażalnego odczucia. Dalsze zawierają się w wielozdaniowych opisach, gdzie czytając środek i tak już nie pamiętasz początku. Omijając to wszystko dla mnie przyjemność bez wątpienia jest motywem podejmowania systematycznego treningu sportowego. Oczywiście mówię tu o sporcie masowym...

Wielokrotnie wchodząc na salę klubu fitness jestem w stanie po ruchach ćwiczącego wywnioskować czy walka z taśmą bieżni mechanicznej, "wiosłowanko" na trenażerze czy rzucanie ciężarem na maszynach siłowych ociera się jako tako o stan przyjemności. Oczywiście żadnym prawem nie mogę tego stwierdzić stuprocentowo, bo przecież nie zawsze się chce, ma się akurat słabszy dzień czy rehabilitacja po chorobie nie przebiega zgodnie z planem. Zresztą takich powodów jest przecież mnóstwo, a dopiero rozmowa z obserwowanym daje większą pewność co do braku sensownego motywu wewnętrznego lub jednak okoliczności "dnia gorszego". Tak samo jest z tymi teoretycznie istniejącymi już w świecie systematycznej aktywności - zaawansowanymi biegaczami. Tu też rozmowa i obserwacje wystarczą by wiedzieć czy pęd do osiągów i zdolność do znoszenia w końcu nie zawsze komfortowych treningów wynika z przyjemności. A może jest to po prostu przyjemność osiągów?

Zastanawialiście się może kiedyś czy jeśli nie robilibyście stałych postępów, jakkolwiek byłyby  one mierzalne, to czy dalej byście uprawiali biegi. Jeżeli tak to w jakim zakresie? I czy rzeczywiście częstotliwość i miara pracy na treningach byłyby takie same? Jeżeli takie myśli przemknęły Wam przez głowę to gratuluję kolejnego poziomu rozumienia sportu ;-)

W toku dziesięcioletniego zajmowania się sportem amatorskim, ostatnimi czasy o wiele bardziej zaawansowanym, takie rzeczy trzeba gdzieś rozgryzać co rusz. Tym bardziej częściej im więcej musisz trenować i większa liczba przeszkód do rozwoju wynikowego stoi Ci na drodze. Czy wybierać jałową, materialną przyjemność osiągów czy czyste, niedefiniowalne "osiągi przyjemności"? W tak postawionym pytaniu, nawet jeśli nie wiecie co mam na myśli, zdecydowanie wybierzecie tę drugą odpowiedź. Wiadomo. Tak powie każdy. Jednak najzwyczajniej zaprzeczycie temu jeżeli ciągle będziecie mówili o niesprawiedliwości uzyskanych życiówek, różnicy ilości poświęconego czasu, podatności na kontuzje - słowem o tym czymś co ktoś ma a Wy tego nie macie. Taka gonitwa za doznaniem przyjemności stricte po uzyskaniu jakichś lepszych osiągów. 

Czy nie lepiej skupić się na permanentnej przyjemności płynącej z uprawiania ukochanej dyscypliny? (Znowu na tak postawione pytanie wszyscy przytakną...) Stały "osiąg przyjemności" niezależnie od wyników powinien być Naszym, biegaczy, udziałem, nadrzędnym celem (bieganie hedonistyczne?). Radosny krok (oczywiście pomijajmy sytuacje trudniejszych treningów, choć to później też zależy od zaawansowania i adaptacji do nich), ogromna przyjemność z monotonnego zdawałoby się ruchu naprzemiankonczynowego, przyspieszonego oddechu i zalewającego oczy potu. To jest to czego kochający sport powinien szukać. 

Niemożliwe w sporcie bardziej wynikowym i zaawansowanym (powiedzmy takie 35 na dychę czy 2h50 w maratonie)?  Dlaczegóż? Oczywiście wymaga to mnóstwa wymówek, przetasowań hierarchii i poukładania wielu codziennych spraw. Wymaga to trudniejszych treningów, po których nie masz ochoty nawet kiwnąć palcem. Mimo wszystko robione z głębokiego odczucia samorealizacji i samospełnienia jest gwarantem sukcesu bez sięgania po jakiekolwiek zakresy czasowe. Właściwie od tych "osiągów przyjemności" powinno zaczynać się bieganie. Bo jeśli określać ma Cię czas, w którym przebiegłeś jakiś wymarzony dystans to kim jesteś? Lepszym niż wtedy kiedy biegałeś wolniej? Na pewno jesteś tym biegaczem, który powinien cofnąć się w rozwoju biegowym do momentu radości z samego biegania.  

Zacznijmy od samego początku...czy zadałeś sobie kiedyś pytanie dlaczego biegasz/uprawiasz sport?

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.