Organizacyjny zenit Warszawy i przy(e)padki dnia codziennego

warszawa.tvp.pl


No i stało się. Sezon 2014/15 można uznać za zakończony. Mimo nie zrealizowania celu ostatniego to i tak warto zapisać go, jako ten przełomowy, bo...zabrzmi to banalnie...ale ogromnie dużo się nauczyłem. Banalność życia codziennego i jego przypadki, a nawet przepadki ;-) pokazały w nim swoją pełną krasę. Wspaniałe, nie zbyt proste jakby się wydawało, życie sportowca było pełne zwrotów i akcji, a emocje towarzyszące fajnym momentom niepowtarzalne. Mimo bolesnego końca, o dziwo przyjętego z szacunkiem następstwa zdarzeń, z całą pewnością warto było. 


Najpierw zacznę opowiadać o tym pierwszym członie tytułu. 37. PZU Maraton Warszawski zrobił na mnie ogromne wrażenie organizacyjne. Mogę zdecydowanie powiedzieć, że jest to najlepiej "zrobiony" maraton w Polsce. Oczywiście parę niuansików można znaleźć (np. mnie irytowali "popędzacze" z megafonami w strefie biegacza za metą), jednak od tego żadna impreza sportowa czy towarzyska nigdy nie ucieknie. Cała główna reszta - start, strefowanie, przygotowanie trasy, punkty odżywcze, wolontariusze, depozyty, sanitariaty, opieka medyczna, otoczka, meta itd - do niczego nie można się przyczepić. Szukając innych dziur to tylko trasa była zbyt "uliczna" i wielkomiejska, a pozbawiona tego czego oczekiwałem po Warszawie - Starówki, zabytków i fajnych budynków. Były za to ok. 2 km po głównej alei Łazienek i finisz na Stadionie Narodowym (po raz ostatni). Też inne i bardzo przyjemne. Dla mnie jednak trochę zabrakło... tym bardziej, że by mi się przydało.


Oj, tak. Przydałoby się bardzo. Wynik 3h23 nie za bardzo odzwierciedlał moje cele. Jednak w ogóle  cieszę się, że dobiegłem. Zrobienie takiego czasu "na jednej nodze" można uznać za sukces :-) Wielokrotnie w trakcie maratonu myślałem o zejściu z trasy. Przyczyną była "zmęczona" prawa noga. Muszę tak napisać, bo w ogóle nie rozumiem co się z nią działo. Permanentny stan przedskurczowy, bo to najlepiej opisywałoby co czułem, trwał już od piątku rano. Podejrzewam, że po czwartkowym wieczornym 3h spinningu musiałem w nocy zerwać się do płaczącej córki i naciągnąć jakiś mięsień kulszowo - goleniowy. Ciężko było szybko chodzić w piątek. W sobotę było już lepiej, ale gdzieś tam przedskurczowy stan się pojawiał. W niedzielę rano momentami też coś zakuło, ale szkoda było całkowicie odpuścić a myśli "może w trakcie biegu nie będę nic czuł i będzie lepiej niż podczas chodu" dawały nadzieję. Niestety starczyło tylko do 9 km, gdzie rozgrzewkowo trzymałem tempo na 3h06. Potem już tylko biegłem lewą nogą. Pewnie wielu zastanawia się dlaczego nie zszedłem. Dobre pytanie. Po pierwsze nigdy nie zszedłem. Po drugie byłbym wtedy wnerwiony, smutny, rozgoryczony (i dopisz co tam jeszcze chcesz), a przecież to ostatni start sezonu. Potem mieliśmy uroczyście kończyć sezon, a niedokończonym biegiem się nie kończy. Po trzecie, i chyba najważniejsze, taki bieg na "przedskurczowej" nodze może być częścią planowanego kiedyś pełnego dystansu Ironmana. Szkoda takiej szansy nie wykorzystać i nie poznać swoich limitów. Suma summarum...przydałoby się coś do oglądania na trasie biegu. W tym tempie było nudno...choć cała dalsza otoczka maratonu była wspaniała (moi startujący zawodnicy, akcja "kocyk na Narodowym")

Zatem z przyjemnością mogę oznajmić, że sezon 2014/15 uważam za zakończony (nie jestem pewien jak roztrenowanie zaliczać, ale przyjmijmy, że to początek kolejnego okresu ;-). Piękny i rodzinny debiut w 1/2 Ironmana w Brodnicy i bardzo dobry okres przygotowań do niego (tak mocno nigdy nie trenowałem), zrobienie szybkości objętością treningową (jednak tak można) i życiowa nie wykorzystana forma podczas pozostałych biegów (za słaby "transport", ograniczenia rodzinne). Tak można by go opisać jednym zdaniem. Na szerszą analizę przyjdzie czas niebawem...

A Wam, innym uczestnikom maratonu, jak się podobała 37 edycja?


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.