Rock'N'Run Półmaraton no i zaskakująca skuteczność treningu...

bydgoszcz.pl


W tajemnicy zdradzę Wam, że już od dawien dawna tak bardzo nie bałem się zbliżającego się startu, jak w poprzednią niedzielę. Wcześniej planowałem "wielkie" czasy i łamania życiówek a strach wynikał z istotnego ryzyka nie zgrania szczegółów - treningu, pogody, żywienia i przeszacowania swoich możliwości. Podczas Rock'N'Run w Bydgoszczy przerażała mnie przede wszystkim możliwość pogłębienia urazów, już chronicznych, bo przecież walczę z nimi od roku (na pewno w przypadku troczków rzepki). Tym bardziej, że lewe kolano, jak na złość, po chwili wyciszenia, w tygodniu startowym dało się we znaki. Lewy zginacz palucha także nie był zbyt szczęśliwy. Przepracowane kontuzje na bruku mogły "pójść" jeszcze mocniej a to oznaczałoby pożegnanie się z przyzwoitym czasem na maratonie. I tak po prostu planowałem pobiec spokojnie i ewentualnie reagować w trakcie...


Plany planami a życie życiem, jak zwykle wszystko potoczyło się inaczej. Spokojny bieg w tempie 4:16/km i prowadzenie znajomych do mety by szczęśliwi mogli po przyspieszeniu złamać 1h30 już na 6 km wydawał się nierealny. GPS pośród licznych budynków i sieci energetycznych świrował i współbiegacze zirytowani pokazywanym zbyt wolnym tempem przyspieszali. Moje kolano nie chciało. Pewnie zaskoczone sporą ilością bruku i licznymi zakrętami wraz z przeskokami z chodnika na ulicę. Półmaraton wtedy zdawał się być przegrany i boleśniejszy im bliżej końca. Do tego 20% bruku na ponad 4-kilometrowej pętli (często omijany poprzez chodniki) doszedł jeszcze deszcz. W momencie trudnym, praktycznie nie zmęczony fizjologicznie, żałowałem, że tego deszczu i ulubionej aury nie wykorzystam tak, jak w przypadku pełni zdrowia. Znajomi "pruli" do przodu a ja próbowałem kombinować z krokiem by dotrwać jak najdalej i zgodnie z maksymą "szybciej biegniesz, mniej się zmęczysz" ukrócić mękę. I paradoksalnie na 10 km zaczęły się kłopoty fizjologiczne, że tak to grzecznie nazwę...

Odwiedzony przy trasie toi-toi i chwila przerwy o dziwo wpłynęły na kłopoty z lewą kończyną zaskakująco. Kolegom obiecałem, że postaram się ich gonić. Musiałem łyknąć żel z guaraną (swoją drogą testowany Etixx - owoce wkrótce) i pognać w strugach deszczu. Trasa bez znaczników nie do końca pozwalała kontrolować przebieg biegu, jednak po mijanych biegaczach domyślałem się całkiem fajnego tempa (pamiętajmy, że było pięć pętli i sporo maruderów). Trzymać "czwórkę" na śliskim bruku przy tej liczbie zakrętów i płaczącym niebie - bezcenne. Dogoniłem jednego znajomego i drugiego, będącego w niezłym cugu biegowym - co oznaczało zrealizowanie jego celu łamania "półtoraka". Nogi zupełnie odpuściły. Jakby nigdy nic. Cóż...tempo realizowałem dalej mijając kolejnych zawodników. I tak o to po szybkim zbiegu na Wyspę Młyńską zdziwiłem się, że...to już koniec półmaratonu. Obstawiałem jeszcze ze 3 minuty biegu a tu zaskakujący koniec (potem znajomy pokazał odczyt z GPSu - 20450 m, zresztą potwierdzany mniej więcej w innych odbiornikach). Czas 1h23:51 przy tego typu okolicznościach trzeba uznać za bombę. Tym bardziej osiągniętą przy pełnej kontroli i bez większego zmęczenia.

Tempo średnie nawet po dołożonym odcinku do pełnego półmaratonu osiągnęłoby okolice 4:04/km. Biorąc pod uwagę mój trening biegowy, czytaj żaden bo oparty na jednym wybieganiu (ostatnio dwukrotnie podrasowanym 5-8 km biegu po 4:30) i 15 minutowym dobiegu do pracy, tempo cudowne. Jedynym możliwym wytłumaczeniem jest trening zastępczy, czyli spinning (wt, czw i pt) oraz mocniejsze jednostki środowe (orbitrek a ostatnio stepper). No i pewnie dużo do powiedzenia ma wcześniejsza robota pod triathlon. Powiem Wam, że bardzo dziwne jest bieganie wolniejszym tempem niż to, na które Cie stać. Żal ściska serce co bym mógł nabiegać w tym sezonie gdyby nie problemy z łydką i troczkami. Jednak błędy błędami - trzeba się ich wystrzegać a nie marudzić - i żyjemy dalej. No właśnie...w momencie pisania schodzą delikatne bóle mięśniowe, choć kolano nie do końca pozwoliło mi zrobić wartościowy trening bodźcujący "połówkę" i utrzymujący całkiem jednak dobrą szybkość (z tego teoretycznie przy tej bazie spokojnie da się nabiegać 2h59). Wystarczyło tylko na 25 minut BNP po 45-minutowym średnim spinningu. Pewnie tylko takimi trikami uda mi się jeszcze coś ugrać na maraton. No i oczywiście orbitrek i stepper. Nawet nie piszę planu, bo w sumie nie odbiega on od wcześniejszych jednostek zastępczych. Oby wystarczyło...

A Rock'N'Run w Bydgoszczy poza fajnym koncertem Illusion okazał się być biegiem przy obecnych standardach słabym. Zdecydowanie nie polecanym na rekordy (wygrał biegacz z 1h18). Brak znaczników kilometrów (na pętli wystarczyło poustawiać cztery znaczniki dla różnych dystansów - jedna pętla dłuższa plus cztery krótsze), sporo bruku, ogromna liczba zakrętów (cały czas się obawiałem, że za rogiem wpadnę na jakiegoś przechodnia - ciekawe jakim cudem organizator zabezpieczył tę okoliczność, bo zdarzała się rzadko) i wielu wyprzedzanych zawodników. Dodatkowy moment trwogi przeżywałem, gdy na końcówce ostatniej pętli miałem zbiegać do mety. Pytani wolontariusze pomogli. Zdecydowanie jednak, jako bieg pętlowy, półmaraton nadaje się na debiut (znajome twarze aż pięciokrotnie pozdrowią Nas w trakcie zawodów). Zresztą nie ma co wieszać psów - bydgoszczaki mają swoją kolejną połówkę z organizacją całkiem dograną w innych elementach.

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.