Bieganie głową, maratony i nie tylko...



Niby sport to sport. Biegany, jeżdżony, grany czy to przez początkującego czy półzawodowca powinien wydawać się tym samym. Oczywiście kwestia estetyki ruchu, dokładności jego wykonania z pewnością będzie po stronie tego bardziej zaawansowanego. Jednak czy tylko o to chodzi? Czasem ta dokładność i nadgorliwość zabija naturalny progres biegacza. Czasem ta estetyka ruchu nie powoduje zmiany rezultatów czasowych. Czasem to głowa chce sięgać wyżej niż nogi poniosą. Mimo wszystko im dłużej w tym siedzę tym więcej biegania głową widzę.


Takie "bieganie głową" najlepiej widać na drugiej połówce maratonu. Kiedy 32 - 35 km staje się końcem przyjemnego startu a zaczyna się walka o przetrwanie ze samym sobą i trudami trasy. Teoretycznie powinno to stanowić próbę biegacza. Jednak nie zawsze taki czas występuje. Kwestia doboru tempa, słabości charakteru zmusza do bardzo małego ryzyka i praktycznie przebiegnięcia 42,195 m bez bólu. Czyżby taki ktoś miał twardą psychikę i szczyciłby się "biegową głową"? W końcu rozegrał bieg bez kryzysu...


Może jednak objaw "zmęczonych ostatnich kilometrów maratońskich" powinien być koniecznym dowodem na istnienie "twardej głowy". Kiedy to przekraczasz swoje granice, lekko układając już elegię o strudzonym biegaczu i wyzwalasz te dodatkowe momenty pozwalające przeżywać te wzniosłe chwile triumfu na mecie. W sumie długo też po niej...

Ja przeżywałem takie chwile ostatnio, choć w sytuacji dwuznacznej - miałem kontuzję i przez to moment gdzie to bieganie głową musiałem ruszyć mimo, że wydolnościowo nie zmęczyłem się wcale. Chciałem trzykrotnie schodzić z trasy, ale po raz kolejny nawet nie stanąłem, nie przeszedłem do marszu. Czy to było to bieganie głową? Dla niektórych tak. Dla drugich głupota.

Mi to bieganie głową kojarzy się bardziej z mozolnym wykonywaniem treningu bardzo skrupulatnie ułożonego i periodyzowanego. Kiedy spokojnie zaczynasz w listopadzie z pełnym akumulatorem, a już w marcu zaczyna robić się trudniej, bo przychodzą pierwsze intensywniejsze okresy i momenty kiedy się chce odpuścić a to jedną przebieżkę a to jeden akcent. Druga połowa sezonu jest jeszcze trudniejsza...trenujesz na oparach mocy i świeżości a jeszcze miesiąc do tego startu docelowego (maratonu jesiennego?), na którym musisz dać z siebie wszystko. No i przy tej "biegowej głowie" dajesz i to nawet bez klasycznego kryzysu na 35 km. Pamiętam, że na tym rekordowym maratonie takiego zwyczajnego nie miałem. Lekki spadek tempa, minimalnie większa trudność oddechowa i bieg już delikatnie ponad strefą tętna PPA. Trudniejszy był ostatni 30-kilometrowy BNP z końcowymi momentami jak z horroru...

I jeśli więc mówicie mi, że najlepszymi biegaczami są Ci, którzy potrafią przebiec dobrze maraton z kryzysem to Wam nie wierzę. Najlepsi są Ci co dobrze wykonają systematyczny i progresywny speriodyzowany trening. Taki sezonowy wymaga o wiele więcej "biegania głową" niż jeden ponad 42 km wyskok...

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.