Różnica między przeciętnym a dobrym biegaczem leży gdzie indziej niż...



Celem każdego biegacza jest samorealizacja, spełnienie czy łamanie kolejnych barier. Słuszność tej zasady potwierdza każdy biegający amator, profesjonalny amator czy zawodowiec. Wielu chce wygrywać i robić życiówki czasowe, kolejni skupiają się na rekordowym dystansie czy frekwencji, a jeszcze inni chcą dłużej biegać ze zwyczajnej przyjemności i "odmóżdzenia" po dniu pracy. Pytanie gdzie leży różnica między dobrym a przeciętnym biegaczem niezależnie od tego, do której grupy należy. Pytanie to zadaje wielu i tak sobie myślę, że powoli znajduję na nie odpowiedź...

Gdyby liczyć moje biegowe życie od debiutu maratońskiego to trwa ono już lekko ponad dziewięć lat. To i może szmat czasu, choć gdyby porównywać do biegających "staruszków" to ledwie jedna trzecia a czasem czwarta ich sportowego trwania. Z drugiej strony pozwala mi to patrzeć zupełnie innym okiem na rozpoczynających swoją przygodę biegową. Czy stanowi to o przewadze jakiejkolwiek grupy?  Mojej przewadze? Wcale. Dopóki jest przyjemność trenowania, samodoskonalenia się i spędzania "czasu w biegu" każda grupa jest tą najlepszą. Oczywiste...jednak nie o tym banalnym, choć prawdziwym, stwierdzeniu chciałem dziś napomknąć...

Jako biegacz zajmujący się sportem zupełnie profesjonalnie na pytanie tytułowe nie szukałem jakoś specjalnie odpowiedzi. Właściwie przyszła ona do mnie sama. I o dziwo nie bezpośrednio związana ze starą maksymą "Słaby biegacz biega wolno, dobry wolno i szybko, a bardzo dobry wolno, szybko i bardzo szybko". Na pierwszy rzut oka między przeciętnym a dobrym biegaczem (choć wstawić tu można każdego sportowca) znajdziemy sporą różnicę parametrów fizjologiczno - tempowych. Jednak nie zawsze jest to takie pewne, bo gdy popatrzymy na okoliczności okołożyciowe cały dysonans się wypłaszcza a nawet kieruje w stronę tego "słabszego". Co za problem łamać 3h w maratonie gdy zawodem wykonywanym jest instruktorka fitness, przy realizowaniu zajęć/treningów za które płacą i bezpłatnym korzystaniu z dobrodziejstw bazy jaką jest klub fitness (oczywiście bardzo rzadko, ale jednak, to błogosławieństwo staje się przekleństwem). Sztuką jest zmaterializować wymarzoną życiówkę podczas zwyczajnego życia przeciętnego Kowalskiego. Oczywiście o tyle ona bardziej cenna im szybszy wynik i więcej z naszego życia musimy poświęcić. Proste jak drut...chociaż znowu znalezienie obiektywnej różnicy między zwyczajnym a tym lepszym biegaczem nawet spośród Kowalskich w parametrach szybkości biegu nie do końca się udaje. (patrz też zmienna talentu - zupełnie nieobliczalną)

Zatem dalsze obserwacje musimy skierować w sferę wolicjonalno - psychologiczną. W tym aspekcie każdy znowu weźmie na tapetę popularne "dawanie z siebie wszystkiego". Jeżeli chodzi o starty w zawodach i nasuwający się dobór optymalnego tempa zakończonego fajnym finiszem sprawa niby jest oczywista. Jednak zaręczam, że ponownie pozornie - niestety te aspekty w dużej mierze także zależą od zaawansowania treningowego czy doświadczenia biegowego a te, patrz wyżej, okolicznościowo z reguły są niemierzalne. Zdecydowanie więc nie pozwolą nam poczynić widzialnej różnicy jakości. W ostatnim moim tekście (patrz tutaj) poruszyłem natomiast temat tego specyficznego czynnika wolicjonalno - psychologicznego, który z reguły jest pomijany przez wielu a moim zdaniem powoli przybliża Nas do odpowiedzi na tytułowe pytanie.  Sprostanie założeniom treningowym jest zupełnie trudniejsze niż wykonanie tych, powiedzmy, trzech fantastycznych startów w zawodach. Przecież podczas jednostek ciągłych na progu anaerobowym czy interwałów w tempie startowym biegu na 3 km człowiek nie raz doprowadza się do czerwoności. Taka kilkukrotnie powtórzona w kumulującym się mezocyklu jednostka doprowadza do psychicznego szaleństwa i wycieńczenia. I tu już jest ten cień wyższości biegacza dobrego nad przeciętnym. Potrafi on swoje założenia wykonać optymalnie do cna. Tak prawie na 100%, bo te parę dni gdzieś z powodu przyczyn losowych czy błędów prawie zawsze odpadnie. 

By tak było dobry biegacz (sportowiec) musi jeszcze posiadać pewną cierpliwość. Ta wynika oczywiście z doświadczenia biegowego i ...umiejętności czytania. W sieci czy księgarniach istnieje tyle materiałów odnośnie metodyki treningu biegowego, że wraz z tokiem kolejnych biegowych miesięcy mamy szansę na zrobienie z siebie całkiem przyzwoitego "wynikowca". Ten lepszy biegacz, cierpliwy i przewidujący, co jest prawie równoznaczne ze słuchaniem swojego organizmu, nie zapragnie od razu rzucać się na szczyty swoich wyżyn (tym bardziej słysząc o poruszanej wszędzie kontuzjogenności truchtania) tylko zwyczajnie zacznie czerpać przyjemność z aktywnego spędzania czasu. Oczywiście wielu początkujących zatraca się w prędkości sądząc o jej treningowej wyższości. Też tak miałem...stąd dopiero dobrym biegaczem zostałem kilka lat temu...po fali tych "niewyleczalnych" kontuzji i wyleczonych ambicjach ciągle szybkiego biegania.

Zatem posłuchaj dobrego biegacza. Różnica między przeciętnym a dobrym biegaczem leży gdzie indziej niż w osiąganym czasie, rekordowym dystansie czy szybszym tempie progowym. Cała rzecz opiera się na przyjemności, cierpliwości, obserwacji i optymalnym rozwoju. Wbrew pozorom wszystko zazębia się i powstaje z tego wybuchowa mieszanka, a jak to w ambiwalentnym świecie - w momencie kiedy wyrzekniesz się myślenia wynikowego te wyniki same do Ciebie przyjdą.


2 komentarze:

  1. Ostatni akapit pięknie powiedziane. Tempo i czas na zawodach tak jak napisałeś nie zawsze oznacza, że ktoś wie co robi i jest biegowym góru. Ktoś może mieć dobre predyspozycje, wstanie, pobiegnie i jest dobry wynik. I na odwrót... Co z tego, że przeczytałem książki, prenumerowałem czasopisma, czytałem fora i wszystko co się da o bieganiu. Niby coś tak wiem - ale to nie znaczy, że zaraz będę miał super wyników. Ba.. mój zeszłoroczny wynik jest nawet słaby (57 min na 10km) a w tym roku borykam się z kontuzjami. Ale gdy spojrzeć już na ilość obowiązków rodzinnych/służbowych i poziomu z którego zaczynałem (bez przygotowania 10 km ~1h15m) to już jest całkiem nieźle. I nie było by tego postępu bez odpowiedniej ilości budowania wytrzymałości wybieganiami (nawet do 15 km w tempie 6:30). Dla osoby, która przez kilkanaście lat nie uprawiała żadnego sportu regularne bieganie (3-4 razy w tygodniu) w tempie 6:10-6:20 jest miłą odmianą. Na drugiej szali to o czym pisałeś, że ktoś wychodzi i biega w tempie 5:00.. to tylko droga do kontuzji. Co z tego, że biegam już drugi rok? Po włączeniu w treningi biegów w zakresie 5:40-5:50 zaczęły się kontuzje o których pisałem pod artykułem o zespole mięśni piszczelowych. Pojawia się pytanie. Kiedy biegacz amator może zacząć biegać szybciej? Wiem, że nie ma na to odpowiedzi. Wszystko zależy od indywidualnego organizmu. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas kiedy ciało się wzmocni i kontuzje przestaną się pojawiać. Trzeba tylko mu odpowiednio pomóc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i fajnie, że bawisz się bieganiem. Tempo i rezultaty mają drugorzędne znaczenie na początku przygody z tą piękną dyscypliną. Jak potem przyjdzie ochota na szaleństwa to najpierw do tego trzeba doadaptować układ mięsniowy poprzez różne ćwiczenia siłowo - koordynacyjne no i włączyć początkowo takie środki treningowe, jak przebieżki czy skipy. Cała machina potem idzie logicznie i metodycznie. A jak pisałem potem samo wszystko już idzie.

      Kiedy zacząć szybciej? Sam odpowiedziałeś na to pytanie. Jest sporo czynników a decydujące to biomechanika i wydolność mięśniowa. Pobiegniesz powtarzalnie na tyle na ile pozwolą Ci mięśnie. Zbyt częste przekraczanie bariery kończy się kontuzją.

      Usuń

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.