Wgryzanie się w sezon trwa...no i jak zawsze walka z kontuzją w toku



Pierwsze trzy tygodnie nowego sezonu za mną. Oczywiście przypominam sezonu lekko wyrównawczego i odpuszczonego - kiedyś trzeba wyleczyć rany i nadrobić stracony czas. W moim przypadku idealnie wiąże się to z powiększeniem rodziny no i, jak się okazało, zwiększeniem ruchu w "instruktorsko - masażowym" interesie. Nic dziwnego, że chaos goni chaos i jakoś ciężko wszystko usystematyzować. Tym bardziej sprawy treningowe. Oczywiście jakiś tam całkiem solidny minimalny poziom trzymam...


Na końcu października, kiedy oprócz ciągle podtrzymywanego spinningu w wymiarze 3-4 h tygodniowo dołożyłem krótkie bieganka, myślałem o sporym postępie odczuwanym już w tym momencie listopada. Tradycyjnie jednak nic nie jest tak proste jak się wydaje. Zeszłosezonowe troczki, ba nawet dwusezonowe (cała sprawa zaczęła się pod koniec sezonu 2013/14), cały czas nie odpuszczają. Mimo przecież miesięcznej przerwy od biegania i tym samym zmniejszenia obciążeń. Już wcześniej pisałem, że te moje nowe demony (wcześniejsze pokonałem pasmo biodrowo - piszczelowe) spowodowane są w dużej mierze przez spinning i jego specyficzną pracę ekscentryczną mięśni czoworogłowych podczas stań. Teoretycznie prosty do wyleczenia problem (niby tylko trzeba wzmocnić "czwórkę") napsuł mi już sporo krwi w poprzednim sezonie, w sumie przebiegającym podobnie. Wtedy też planując sporą robotę objętościową od grudnia zacząłem ją dopiero w lutym. Wygląda na to, że obsuwa w tym momencie może być podobna. Zresztą gdyby z takimi samymi przeżyciami końcowymi to nie obraziłbym się. Jednak co innego żona - jej obiecałem trochę odpuszczenia treningowego i pomoc w obowiązkach.

Wracając do tematów ważniejszych ;-) z tą kontuzją to jednak nie takie łatwe przy ciągłych obciążeniach spinningowych. Zresztą nawet jeśli i rower by na chwilę odpadł z planu (co jest nie możliwe, bo jakoś muszę zarabiać na życie) to i tak zapewne po powrocie bóle by wróciły. Coś mi umyka, choć jak poprzednio spokojna faza budowania obciążenia plus wyrównywania i wzmacniania mięśniowego pozwoli coś ugrać i polepszy sytuację. Mimo sporej liczby klientów, zajęć w klubie i obowiązków rodzinnych udało mi się parę solidnych treningów koordynacyjno - stabilizacyjnych wykonać. Naprawdę nie jest ze mną tak źle (stąd też i tu wynika trudność znalezienia mechanizmu urazu tej kontuzji), a teoretycznie nawykowo i zakresowo już całkiem dobrze. Teraz przede mną faza wzmacniania i utrwalenia nawyków. Dołożenie do tej bazy wzrostu siły powinno polepszyć sprawę. Chyba...

Pitolenie o kontuzyjnych psrawach mam już za sobą, w końcu więc mogę ruszyć te pozostałe. Trzy godziny jazd czwartkowych, początkowo mnie wykańczające, w tym momencie nie stanowią już problemu. Wokół nich budowałem całe obciążenia dołączając krótkie dobiegi do pracy (15-minutówki). Co jakiś czas pokusiłem się o 40 - minutówki. Mimo wszystko bolesne troczki (no i czas!!!ehhh...) lekko ograniczały mnie w tych zapędach. Bądź co bądź robota na rowerze robi swoje, bo ostatnie jazdy 2h15 na średnim tętnie 79% rezerwy HR i ze sporym maksami sięgającymi 96% rezerwy, wytrzymywałem całkiem dobrze. Zmęczenie oczywiście było spore i dochodziłem do siebie ze 2-3 dni. Jednak przy dużych, kumulujących się obciążeniach jest to przecież normalne.  Ogólnie obecny czas treningowy składa się teraz z ok. 7 h wysiłków wytrzymałościowych plus z dobre 2 h treningu wyrównaczego na tydzień (połowa okresu szczytowego z poprzedniego sezonu). Naturalnym wydaję się więc postawienie na sprawdzony w kontuzyjnych czasach plan - mocną pracę na rowerze a w tle lekkie wydłużające się bieganie wraz ze wzmacnianiem. Dalej to już tylko czas i cierpliwość mogą mi pomóc. Obie te rzeczy mam...w końcu jeszcze dwa lata odpuszczania i dochodzenia do siebie przede mną. Podtrzymujący poziom wysiłku jest na wystarczającym poziomie (no może poza 1-2 h treningu pływackiego, ale to po fazie mocnego roweru).


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.