Z popularnością mu do twarzy...



We frazie tytułowej nie chodzi mi bynajmniej ani o żadnego aktora, piosenkarza czy biegacza. Nie chodzi mi także o będących teraz w świetle jupiterów polityków. Na pewno też nie chciałbym pisać o rosyjskim dopingu (choć temat i wywiad z dziennikarzem rosyjskim w weekendowej Wyborczej są ciekawe). Najzwyczajniej w świecie chciałbym poruszyć interesujący wątek popularności biegania. Coś co ostatnio w związku z moją pracą zaobserwowałem (pytanie czy też macie jakieś inne propozycje ze swojej strony).


Bieganie staje się popularne i nikogo nie dziwi blisko trzynaście tysięcy startujących w Biegu Niepodległości w Warszawie. Zresztą wynik taki pewnie dlatego, bo w Trójmieście wystartowało kolejne dobre sześć tysięcy. Okoliczne lokalne miasta zebrały mniejsze liczby, ale pewnie można powiedzieć o co najmniej 25 tysiącach biegaczy startujących w całej Polsce. Prawda, że to niesamowite?!


Z drugiej strony tych wielkich liczb mamy tego jednego biegacza pośród wielu, który zasypywany ogromną wiedzą ćwiczeń, planów, treningów, elementów technicznych co rusz opisywanych na łamach portali i mniejszych blogów, musi przecież w gąszczu informacji wybierać te właściwe. Powiem szczerze gdybym nie miał przerobionych fizjologii treningu i awfowskiego, sportowego myślenia sam na pewno wielokrotnie w tej sieci bym się pogubił. Wszędzie pełno autorytetów i "doradzaczy", skuteczniejszych lub optymalizujących trening porad. Jak ten biedny biegacz ma wybrać te prawdy prawdziwsze?

Ostatnio jednak zauważyłem pewien ciekawy trend. Trend bardzo pozytywny. Coraz więcej biegaczy, przecież zwykłych zjadaczy chleba poświęcających czas na hobbystyczny trening,  jakoś potrafi całą tę chaotyczną wiedzę prześwietlić i wybrać co najmniej dobrze. Wcześniej nie słyszałem, choć to przecież rozsądne i logiczne, by wielu planowało przerwy od biegania, gruntowne roztrenowania z paroma luźnymi jednostkami biegowymi na podtrzymanie (teoretycznie pewnie były, jednak nikt nimi się nie chwalił). Wcześniej nie słyszałem by bez zacięcia zawodowego starano się zadbać o wzmacnianie mięśni czy lepsze zakresy mięśniowe. Wcześniej nie słyszałem by będąc kontuzjowanym, podrażnionym jakimś chronicznym bólem a planując maraton starać się zażegnać kontuzję już na samym początku przygotowań do startu docelowego. To też oczywiście logiczne, jednak wcześniej występowało w wariancie "zabiegania" albo "odpuszczę i samo przejdzie". 

Chyba na moich oczach wreszcie zaczęła się ta zmiana podejścia społeczeństwa polskiego do sportu. Tak bardziej profesjonalniej. Nie na siłę. Bardziej na zdrowie niż na pokaz. Bardziej jako przyjemność z samorozwoju i pewnych logicznych zapracowanych następstw własnych wyborów. Oczywiście, że mówię o nielicznych. Wielu jeszcze błądzi i tak to przecież musi być. Jednak te jaskółki czynią wiosnę całkiem serio. W końcu to oni swoją postawą będą inspirować kolejnych szukających w sporcie choćby tylko prostego wyładowania emocji.

Czyżbyśmy już teraz zaczęli dojrzewać w bieganiu coś więcej niż tylko bieganie? Z tak wykorzystaną popularnością biegania każdemu do twarzy...  


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.