Endorfiny i przerwa świąteczna...

encyclopedia.com


W życiu nie przypuszczałem, że przerwa świąteczna - ta najstraszniejsza, bo statystycznie to w ciągu niej najwięcej osób przybiera zbędne kilogramy - pozwoli mi dokonać kolejnej obserwacji. Te wydłużone w tym roku parę tygodni na pewno spowodowało jeszcze większe spustoszenie w organizmach wielu. U mnie wręcz przeciwnie - dwa wolne czwartki a wraz z nimi 3x45' min spinningu, miały spowodować względny zjazd z obciążeń. Powrót po świętach wskazał mi jednak ich utajoną moc...


Jeżdżone od września 2h15, bo tak to mniej więcej średnio wyglądało, spędzało mi sen z powiek od samego początku tygodnia. Ba, cała radość weekendowa zaczynała się od piątku popołudnia - prawda rzecz normalna u wielu. W moim przypadku piątkowa luźna jazda regenerowała mnie po "wczorajszej" dłuższej progresywnej. Wiecie...ciężko jest przetrawić szybko blisko 2 tys. kcal gdzieś zapodziane wieczorem przed snem...

Narastająca antypatia do "długich czwartków" narastała już od końca września, gdzie przed warszawskim maratonem wstając w nocy do płaczącej córki parę godzin po spinningowej walce naciągnąłem któryś z przyśrodkowych hamstringów. Powiecie amator. Ba, średnia wtedy to było na pewno grubo poniżej tętna regeneracyjnego (nie wyłączam tętna na wyciszeniu/rozciąganiu na zajęciach!).

Zatem mimo tej trwającej kilka miesięcy czwartkowej historii "2h15" i kilkunastodniowej, smutnej dla wielu, przerwy międzyświątecznej jakie było moje zdziwienie kiedy 7 stycznia okazał się dniem jednej z najfajniejszych jazd spinningowych w moim życiu. Do dziś pamiętam te endorfiny uderzające do głowy czy to w trakcie końcówki drugich zajęć czy nawet dwie godziny po wszystkim. Problem z zaśnięciem i ten specyficzny brak głębokiego zmęczenia z uśmiechem na twarzy włącznie. Mój Boże...rzeczywiście przypomniałem sobie wtedy po co ja to właściwie robię. Dlaczego maraton jest wspaniałym doznaniem a każde składające się na niego dłuższe treningowe wybieganie potrafi dać tyle radości. Dlaczego przez tyle godzin przygotowań do debiutu triatlonowego nie chciałem milisekundy odpuścić a wbiegnięcie na brodnicką plażę zapamiętam do końca życia. 

I tak sobie myślę...czymże byłby ten sport bez tych endorfin - najlepszego motywatora na świecie. Czy zawodowiec rzeczywiście tylko myśli o medalu i premii za zwycięstwo? Raczej dzięki temu Ci najlepsi nie wygrywają. Jest ta chęć pokonania własnych barier i poczucia spełnienia. W sportach wytrzymałościowych jednoznaczne z biochemicznymi endorfinami. U przeciętnego Kowalskiego, który na zewnętrzne bodźcowanie finansowe czy socjologiczne nie ma co liczyć te molekuły mają jeszcze większe znaczenie. Tylko z reguły ma on trochę większe problemy z...systematyką. Przerwami świątecznymi szczególnie. Tymi najstraszniejszymi to już w ogóle...choć czy takie straszne to co pozwala pewne radości odkryć?

Ręka do góry kto czuł się lepiej, kiedy wrócił do "normalności" po tej długiej przerwie???

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.