Brooks Adrenaline ASR 11 GTX


Marzeniem każdego biegacza – testera jest co jakiś czas sprawdzanie funkcjonalności produktu innej marki. Szukając i drepcząc w miejscu, choćby ze względu na napięty budżet domowy, starałem się gdzieniegdzie znaleźć szansę na sensowny zakup Brooks'ów. Idealnie trafiłem na fajną cenę modelu trailowego Adrenaline ASR 11 GTX. Od razu skorzystałem. Co ciekawe różnica w cenie wynikała z rozmiarówki – był to damski maks – dla mnie jak znalazł.



Zakup okazyjny damskiej pary okazał się także zakupem bez kartonu. Nic nie szkodzi. But całościowo prezentował się nudnawo. Kolor szary i czarny (vintage indigo/midnight) dominujący praktycznie wszędzie, przebity został przez fiolet logo Brooksa na obydwu stronach, paskach stabilizacyjnych cholewki, sznurowadłach czy warstwach podeszwy. Żona od razu wyczuła w tym kolorze jakiś podstęp. Ja dopiero po sprawdzeniu tabeli rozmiarów doszedłem do żeńskiego rodowodu. Od razu widoczna też była stabilizacyjna charakterystyka obuwia i standardowy drop (12 mm) przy grubej podeszwie. Pianki poprzez różne kolory zdradzały obecność paru systemów (np. MoGo – materiał środkowej części podeszwy bardziej wytrzymały oraz mniej podatny na wahania temperatur; DNA - „brooksowski” polimerowy system amortyzacji; PDRB – piankowa wstawka kontrolująca pronację). Mnie w zimowo – jesiennych butach chodzi głównie o membranę gore – tex – najpewniejszą z pewnych. Nigdy nie przemaka a nawet latem mimo braku przewiewności siateczki meshowej pozwala cieszyć się dobrym komfortem oddychalności.


Buty założone pierwszy raz od razu pokazały mi brak tych paru mm rozmiaru w lewej stopie. Ta jedna większa zawsze nastręcza mi trudności w doborze długości. Niby wkładka 28 cm, ale jednak przy wybieganiach palce były uciskane. Co ciekawe jak to buty trailowe – ciasne wszerz na początku – Brooksy jako lepszy gracz w segmencie, rozciągnęły się i przestały przeszkadzać w trakcie biegu. Nawet podczas dwudziestek – trzydziestek. Swoją drogą to ciekawe jak cholewa, która jest ciasna przy wkładaniu, podczas dynamicznego kroku biegowego może tracić irytujące właściwości?! To dla mnie chyba największa tajemnica tego modelu. Przecież biegałem w nich treningi różne – od 2-3 h wybiegań poprzez dynamiczne przebieżki czy siłę biegową a nawet wstawki tempowe (tak staram się postępować z każdym testowym modelem). Cholewka przeszkadzała jedynie podczas bardzo szybkich co najmniej kilometrowych tempówek (od 4:30/km już czułem lekkie ograniczenie), choć bardziej i tak stawiałbym na sztywną i grubą podeszwę. Ta rzeczywiście już podczas chodzenia dawała się poznać od strony dyskomfortu (może ja po prostu nie lubię „trailówek”). Jednak, tak jak wcześniejszy element, biegowo znikała gdzieś poza. No może poza wspomnianym grzaniem poniżej 4:30/km. Prawda prawdą w końcu jedna to nie but od tego, więc nie ma się czego czepiać. To jednak, że dawała radę na dynamicznych podbiegach czy przebieżkach zupełnie wręcz zasługuje na gloryfikację. Tak uniwersalny „but do lasu” rzadko kiedy się udaje znaleźć. Tym bardziej przy takiej klasie stabilności. Jako należący do pronatorów już na pierwszych kilometrach wyczułem spore trzymanie mojej słabej lewej kostki.


Warto tez napomknąć o skutecznej podeszwie. Agresywny bieżnik miałem szansę sprawdzić podczas dwudziestek momentami na wyślizganym śniegu. Z takim prawie lodem, gdzie każdy błąd i zbytnia pewność siebie kończy się upadkiem, Adrenaline 11 poradziły sobie najlepiej z butów moich kolegów. Chyba jako jedyny wtedy nie leżałem. Pewnie, że na lód nie ma żadnej skutecznej metody poza kolcami i brakiem pośpiechu, ale raczej to nie był przypadek. Co ciekawe gorzej podeszwa zachowywała się na miękkim błocie – ze swoją spora masą z górek leciałem praktycznie w dół bez żadnej szansy zatrzymania złych okoliczności. Na całe szczęście nie na tyle złych, że musiałem cały kończyć w pralce. Oczywiście najlepszą nawierzchnią dla modelu testowego był lekko ubity śnieg – perfekcja odbicia bez poślizgu i żadnej straty kontroli ruchu. Według mnie to już jest częstym standardem w segmencie trailówek i nie ma co tu robić większej laurki.


Podsumowując, w Brooks Adrenaline ASR 11 GTX zrobiłem blisko 250 km i cały czas jestem pod wrażeniem tego, jak but trailowy może być tak uniwersalny. Praktycznie każdy rodzaj treningu (poza tymi szybszymi np. kilometrówkami) nie sprawiał im problemu a nie zawodzący gore – tex zapewniał komfort stopie w każdych warunkach. Wielu testerów wcześniej podkreślało także długowieczność Brooks Adrenaline. Po tej „ćwierćtysiączce” mogę przytaknąć. Zdecydowanie to najlepsza „trailówka” z jaką miałem do czynienia. Teraz wyostrzyły mi się zęby na jakieś letnie Brooksy...


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.