Garmin 920 XT (z paskiem HRM - Run) cz. I



Dawno temu to z Garmin'em rozpocząłem przygodę z GPS-owskimi pulsometrami. Pamiętam kiedy podekscytowany otwierałem opakowanie ledwo używanego modelu 410. Był to pierwszy kontakt z jednym z topowych produktów na rynku w tym segmencie. Pulsometr z bajeranckim benzelem (patrz okrągły dotykowy panel). Wtedy chyba (poza niedorobionym modelem 405) tworzącym nowy trend dotykowego sprzętu sportowego (nie tak częsty, bo nieudany?). Tym razem dostałem w ręce (kupując) model 920 XT – dedykowany nowoczesnym multitsportowcom z natury. W końcu zebrałem się by co nieco o nim napisać, a miałem sporo czasu na zaprzyjaźnienie.



Rzeczywiście Garmin 920 XT to chyba najbardziej „przećwiczony” przeze mnie pulsometr. Od połowy października (tj. od ponad 7 mies.) wykonałem nim 351 aktywności, czyli blisko 265 godzin treningów (plus wiele innych godzin treningów siłowych nie uwzględnionych w tej statystyce). Innych monitorów być może używałem dłużej czasowo, ale na pewno nie tak często treningowo. Musicie przyznać, że ten czas stanowił chyba niezłą próbę dla pulsometru i mojej osoby. Zatem pytanie brzmi: Czy się polubiliśmy? Jednak najpierw sprawy formalne...



Cały sprzęt zapakowany był w czarny, kartonowy prostopadłościan o wymiarach 135x87x100 mm. Designerskiego mistrzostwa „garminowych” konstruktorów w nim nie widać. Na pierwszym panelu, gdzie przez przezrocze wygląda tarcza pulsometru, w tle mamy niebieską 920-tkę z pełną nazwą modelu poniżej. Boczny panel to już mały rzut ekranu z portalu Garmin Connect czy trzy ikonki prezentujące dyscypliny triatlonowe. Skojarzenie z komputerem multisportowym powtarza tylna część kartonu z kolejnymi rzutami ekranu z „garminowskiego” serwisu. Niewidoczna podstawka to już opis zawartości opakowania, certyfikaty i znaczki technologiczne. Troszkę słabo, jak na produkt topowy w swojej klasie warty w najmniejszym wymiarze kary dobre 1400 zł. Rywal – choćby Polar V800 – w tym momencie stał w estetyce opakowania znacznie bardziej z przodu. Jednak opakowanie nie zrobi z nami treningu, więc idźmy dalej...

W moim przypadku stałem się właścicielem Garmina 920 XT w wersji czarno – niebieskiej. Prostokątny zegarek o wymiarach 48x55x12,7 mm, jak to bywa w przypadku zaawansowanych komputerów treningowych, wydawał się duży. Założony na nadgarstek zajmował praktycznie całą jego szerokość. Bądź co bądź mądrze dołożona niebieska otoczka tarczy i wypełnienia dziurek na pasku jakoś przedziwnie negowały tę wielkość. Z drugiej strony chcąc mieć kolorowy wyświetlacz 2,9x2,1 cm o rozdzielczości 205 x 148 px trzeba na niego poświęcić trochę miejsca. Co nie znaczy wagi – 61 g przy takich gabarytach naprawdę robi wrażenie (sprawdzałem na wielu zdziwionych znajomych, podobno jest o 15% lżejszy od poprzednika). Wirtualnie rywalizujący Polar V800 jest aż o 18 g cięższy. Niska waga wcale nie oznacza słabości konstrukcji. Noszony dzień w dzień na mojej dłoni przez ponad 7 miesięcy zegarek wcale nie stracił na swoim wyglądzie. Nie zdejmowałem go praktycznie nigdy (no poza momentami cięższych prac i oczywiście ładowania) a widocznych na pierwszy rzut ok śladów użytkowania brak. Obecne gdzieniegdzie jakieś małe zarysowania zdradzają mnie jako pierwszego właściciela. Wszystkie cztery szare, perforowane przyciski po bokach, białe ikonki obok nich czy wygrawerowane białym przyciski LAPu i „potwierdzenia” są w ogóle nieruszone. Połączenie tej jakości wykonania z możliwościami personalizowania tarczy zegarka przez system Connect IQ (serwis z aplikacjami „garminowskimi”) tworzy nowoczesny, co więcej dobrany przez właściciela, wygląd zegarka sportowego. Polar V800, poprzez aluminiowe boczne wstawki, wydawał się być bardziej elegancki. W przypadku Garmina 920 XT mamy o wiele większą indywidualizację wyglądu i tym samym jego ogromną funkcjonalność poza treningową. No i miałem co nieco dopisać o wygodnym pasku na nadgarstek. Ten rzeczywiście podczas całego czasu użytkowania zaczął mnie irytować dopiero wtedy kiedy dostał się pod niego piasek (tydzień temu podczas ciekawej sąsiedzkiej przygody). Wcześniej plastyczny na bardzo płynnie pracujących teleskopach nie denerwował mnie nawet gdy cały dzień pracowałem dłońmi jako masażysta/instruktor.



Według opisu producenta bateria litowo – jonowa miała pracować do 24 godzin w trybie treningu i do 4 miesięcy w trybie zegarka. Moje doświadczenia potwierdzają ten pierwszy parametr. Bywały 45 min jazdy spinningowe lub takowe treningi biegowe z użyciem nadajnika tętna, gdzie procent baterii spadał o 3-5%. W trybie pracy z GPSem przy dokładnym pomiarze uciekało mi ok 15%. Summa summarum podczas mojego tygodniowego trybu pracowniczo – treningowego – patrz ok 10 godz. treningu, w tym jedna godzina z GPSem dokładnym i przy włączeniu wszelkich bajeranckich opcji (śledzenie aktywności, alerty ruchu, czas odpoczynku i snu itd.) - Garmin 920 XT potrzebował ładowania raz na dobry tydzień. Tu oczywiście warto dodać, że inne recenzje (patrz bardzo konkretna recenzja goultra.pl) w trybie ultraoszczędnym UltraTrac doliczyły się ok 40 godzin pracy treningowej (o wiele mniej dokładnej).

Podsumowując pierwszą część recenzji mojego aktualnego przyjaciela treningowego Garmin 920 XT estetycznie prezentuje się nie gorzej od rywali w segmencie multisportowym. Jest znacznie delikatniejszy niż Suunto Ambit3 i odrobinę mniej elegancki niż Polar V800, jednak personalizacja poprzez Connect IQ nadrabia jakiekolwiek braki wyglądowe i pozwala stworzyć cudo raz na jakiś czas w zależności od potrzeby. Lekka obudowa o klasie wodoszczelności 5 atm naprawdę robi różnicę podczas użytkowania. Poziom pracy baterii w systemie GPS pozostaje już na poziomie konkurencji.


Zapraszam do kolejnej części...

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.