Zaskakujące pożegnanie z pewną Inspiracją

(fragment z pogrzebowego utworu pożegnalnego)


Inspiracja do pewnego działania ma to do siebie, że często tworzy się niezależnie od Nas. Tym bardziej jeśli pewne zjawiska mało rozumiemy, choćby z racji wieku czy doświadczeń w danej materii. Tak też na pewno było w moim przypadku, kiedy w latach szkoły podstawowej przechodząc do klasy IV A poznałem Jakuba S.  Nowy oddział szkolny obfitował w wielu nowych kolegów i koleżanek i w sumie Kuba S. podczas przeciętnej lekcji nie wyróżniał się jakoś szczególnie. Co innego kiedy ubieraliśmy strój sportowy...ostatnio w smutnych okolicznościach miałem szansę powrócić do dawnych czasów.


Talent sportowy miał niebywały. Cokolwiek kopnął, złapał lub rzucił kończyło się rekordem klasy czy szkoły. Kiedy biegał lub skakał zdecydowanie wyprzedzał wszystkich. Tu z rekordami też było podobnie. Chyba w tamtych czasach odstawał tylko w rzutach. Ba przeciwnika miał niebywałego, bo o rok starszego Patryka Kuchczyńskiego  - przyszłego reprezentanta Polski w piłce ręcznej. Wtedy w czasach makroregionów (obszar trzech dawnych województw) bez treningu biegowego cyklicznie zajmował miejsca na podium zawodów przełajowych. W multidyscyplinarnym "podstawówkowym" czworoboju (rzut piłeczką palantową, bieg na 60 m, bieg na 1000m, skok w dal lub skok wzwyż) zakwalifikował się chyba gdzieś na dalsze mistrzostwa (nie pamiętam rezultatu). O zespołowych grach nie wspomnę - ile razy razem podnosiliśmy puchar za zwycięstwo (ehhh te "podstawówkowe" śródmiejskie walki z SP1 czy SP2...). Tak, jak w przypadku Patryka, pytało o niego wiele klubów z większych miast z Zawiszą Bydgoszcz na czele. Pod wpływem wielu impulsów podobnie, jak nasz brodnicki najbardziej znany reprezentant kraju, wybrał piłkę ręczną. Jednak w jego okolicznościach zaprowadziło go to w inną stronę...


Ja również nie byłem nogą w sporcie. Pamiętam, jak podczas uchodzących do rangi mitycznych igrzysk olimpijskich co semestralnych sprawdzianów na wfie, ścigaliśmy się razem w biegu na 1000 m. Legendarna, pielona co początek roku bieżnia szutrowa, czarna z wymierzonym na całej jej długości 100 m odcinkiem stawała się świadkiem tych moich klęsk z Kubą S. 5 rundek z arcytrudnym ostrym skrętem i zmianą kierunku biegu wokół palików - miejsce wielu wywrotek na czarnym szutrze, który później do końca dnia pozostając kurzem na nogach przypominał o kolejnej próbie wielu startującym kolegom. Tak patrząc głęboko wstecz chyba nawet te porażki nie robiły na mnie żadnego wrażenia, bo to przecież był kolega sportowo z innej planety. Nikt nie był w stanie dosięgnąć jego parametrów. Niby to te 5-10 s na 1000 m. Choć może on to robił tak od niechcenia, żeby nie zrobić nam większej przykrości...

Okoliczności zmieniły się kiedy jeden z brodnickich trenerów - nauczycieli wf już podczas ostatniego roku podstawówki namówił go do przenosin do innej szkoły. Rywalizująca z moją SP3 SP1 omamiła go lepszym rozwojem w sportowej klasie i szansą sięgnięcia po więcej z sekcją piłki ręcznej w zawodach ogólnopolskich. Kuba przeniósł się mając zapewne przed oczami swoją sportową przyszłość ułatwioną kontaktami trenera a przy okazji burzliwego wieku dorastania wpadł w sidła złych kontaktów z rówieśnikami. Z tego co pamiętam raczej jakiegoś większego echa sukcesów piłkarzy ręcznych z SP1 w Brodnicy w tamtym roku nie było (zapewne ćwierćfinał MP, ale głowy nie dam), za to parę miesięcy później słyszało się o jego problemach z narkotykami. 

Kubę S, spotkałem parę dobrych lat później przy okazji przypadkowego zaznajomienia się z jego tatą, aktualnie już solidnym brodnickim ironmanistą i maratończykiem. Przytłumiony życiowymi doświadczeniami był lekko wygaszony, ale mimo tego cały czas emanował jakąś pozytywną energią. Szczerze mówiąc nie wyczuwałem jakoś zmiany naszych relacji koleżeńskich mimo wieloletniego braku kontaktu a to przecież nie zdarza się często.

Wieść o śmierci mojego rówieśnika praktycznie zwaliła mnie z nóg. Najpierw nie dowierzałem przyjmując pierwsze wzmianki jakby oschle. Potem już bliżej pogrzebu zaczęło to do mnie dochodzić. Wreszcie stojąc chwilę przed rozpoczęciem całej ceremonii zdałem sobie sprawę, że jest to chyba pierwszy świadomy pogrzeb, na którym chciałem być z własnej niewymuszonej woli. By oddać osobisty, szczery szacunek człowiekowi jakoś tak bardziej bliskiemu i jego rodzinie...

Nie pamiętam ilekroć łzy same spływały mi po policzku. Wydawało mi się to takie niewidoczne, choć gdzieś bliżej sakramentalnych "z prochu powstałeś..." znajoma koleżanka z podstawówki podała mi chusteczkę. Zastanawiało mnie dlaczego to zdarzenie zrobiło na mnie tak ogromne wrażenie - w końcu Kuby nie widziałem tyle lat i jakoś nie utrzymywałem z nim częstego kontaktu. 

Wreszcie doszło do mnie, że był on moją pierwszą namacalną inspiracją sportową. Realnym upostaciowionym i radosnym dążeniem do rekordów ponad własne ograniczenia. Takim pierwszym zetknięciem z sensem istnienia czegoś więcej w rywalizacji z kimś innym i samym sobą.

Zatem dzięki Ci Kubo S. i świeć Panie nad Twoją duszą. Kto wie czym byłby dla mnie sport gdyby nie Ty...


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.