Banalna obietnica wysiłku fizycznego...

top10wala.in

Systematyczni czytelnicy mojej stronki zapewne usłyszeli już gdzieniegdzie, że Inne Spacery podesłało mi najnowszą książkę Matta Fitzgeralda o banalnym tytule "Jak bardzo tego chcesz?". Nauczony przy wcześniejszym testowaniu/recenzowaniu nie sugerować się pierwszym wrażeniem, tym bardziej w przypadku autora tak sensownego, wreszcie miałem przyjemność rozpocząć lekturę. Ta po przeczytaniu pierwszych dobrych dwudziestu stron zwróciła mi uwagę na pewne jawne i banalne zjawisko - swoistą obietnicę wysiłku fizycznego.

Sportowiec, dajmy na to biegacz, co jeden, drugi dzień przyklękuje na jednym kolanie ubierając pierwszego buta a następnie zamienia konfigurację by odziany w dwa wyskoczyć z domu i zrobić swoją zaplanowaną rundę. Ta czasami liczy więcej a czasem mniej kilometrów. Czasami przyspiesza a czasami toczy się swoim leniwym i spokojnym torem by organizm mógł się zregenerować. Nierzadko trening zawiera w swoim składzie jakiś element techniczny, jak przebieżki czy podbiegi. Gdzie jest sens takiej kolei rzeczy jeśli nie w przyjemności zmęczenia, wykonania dobrej roboty i samospełnienia. Często w grę wchodzą także jakieś kalorie, zrzucanie wagi, poprawa parametrów wydolnościowych i tym podobne tematy. Mimo wszystko robione jest to z powodu tej prostej i bezpośredniej obietnicy wysiłku fizycznego...

Rozmawiając ostatnio z klientką zadaliśmy sobie krótkie pytanie "Jak i z czym kojarzy Ci się słowo "obietnica"?". Odpowiedzi były podobne - pozytywnie, z domem rodzinnym, rodzicami. Zapewne wielu z Was robiąc sobie taki psychotest będzie miało podobne skojarzenia. "Obietnica" jest właśnie jednym z tych słów - kluczy. Ponadwymiarowym i ponadczasowym.

Wychodząc na trening nie jako ponownie dajemy się ponieść czemuś więcej niż tylko chęci poruszania się. Łączymy się ponadwymariowo i ponadczasowo z jakimś wyższym stanem umysłu, Freudowskim "id". Wielokroć sam zastanawiam się nad radością pedałowania na Spinnerze w zupełnej samotności w przytulnej sali swojego macierzystego klubu fitness. Ulubiona ścieżka muzyczna i sam ruch pedałami - który bez udziału tej jakiejś nieokreślonej więzi z czymś więcej byłby monotonny - przenosi mnie w strumień myśli. Czasem bardziej skupionych na najbliższym starcie i jego taktyką, częściej na aktualnych problemach zawodowo - rodzinnych, a innym razem na swobodnym przepływie obrazów. Ciągle "coś" dostaję w zamian. Za każdym razem w każdym indywidualnym przypadku to zjawisko się powtarza. Czas poświęcony wysiłkowi fizycznemu i jego obietnicy dodatkowej wartości, np. wzrostu wydolności, odreagowaniu stresów czy choćby walki z kilogramami, wypełnia się stuprocentowo. Ta pewność jest jedną z niewielu (jeśli nie jedyną!) na tym świecie...

M. Fitzgerald w tym kontekście zwrócił mi uwagę na jeden aspekt. Otóż my nie lubimy wysiłku fizycznego, ale jego odczuwanie. Tu z reguły zawiera się fiasko wielokrotnych porażek adeptów sportu masowego. W tym prostym związku odczuwania wysiłku fizycznego i jego obietnicy powinno szukać się motywacji wewnętrznej. I o ile ta druga za każdym razem realizuje się automatycznie (tu może przeszkodzić tylko wyłącznie nasz błąd - nie dostosowania środków treningowych!) ta druga wymaga zawsze odrobinę więcej pracy. Tu, jak zawsze zwracam uwagę początkującym - trzeba szukać przyjemności. Komfortowe odczuwanie aktywności na samym początku w połączeniu z mocno pozytywnie kojarzącą się jego "obietnicą" może ukierunkować zwykłego Kowalskiego nawet na zawody Iron Mana w Kona. Skąd to wiem? No właśnie... ;-)

Zatem jedną automatycznie realizującą się moc sprawczą już masz. Dołóż tylko odczuwanie przyjemności z toczącego się wysiłku fizycznego. Samospełnianie się pociągnie Cię dalej w świat ponadczasowy i ponadwymiarowy.

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.