Materializm w sporcie jest krótkofalowy

dailymall.co.uk

Obserwując scenę sportu zawodowego wydawałoby się, że głównym celem zawodników jest kasa i chwała, a dopiero potem wynik. W pewnym momencie też do takiego toku doszedłem. Z drugiej strony jednak kilkusekundowe relacje telewizyjne pokazujące mistrza, zwycięzcę, głównego triumfatora puszczającego oko żonie, biegnącego na trybuny podziękować trenerowi czy chwilę po zwycięstwie przytulające swoje kilkumiesięczne dziecko zupełnie temu zaprzeczają. Ciężko uwierzyć w to by każdy krok takich "milionowych" gwiazd był aż tak bezemocjonalnie zaplanowany, stąd te reakcje raczej można uznać za prawdziwe (patrz skręcona kostka Anity Włodarczyk - tego nie można udać ;). Zatem chyba nie wierzę w zwycięstwa tylko po chwałę i pieniądze...a jeżeli to tylko krótkotrwałe.

Kończący się ostatnio Tour de France z kolejnym, już trzykrotnym, zwycięstwem Chrisa Frooma zwrócił mi uwagę na ten wątek. Kolarz dojeżdża do mety po 3259 km (tym bardziej, że ostatnio organizatorzy mocno wciskają w góry)) i jedyne o czym myśli to chwilę przed ceremonią zwycięstwa dotrzeć do ramion swojej żony i kilkumiesięcznego dziecka. Przytulić się, chwilę pogaworzyć i pójść dalej odbębniać swoje "profesjonalne" obowiązki. "Profesjonalne" obowiązki wiążą się przecież z chwałą i pieniędzmi, jednak on woli wykonać gest zwyczajnie ludzki. Często kończy się to wspólnym tatusiowo - dziecięcym podium (chyba rok temu tak zrobił). Co ciekawe wielu podobnej klasy sportowców wykonuje ten sam gest. Pytanie głębsze zatem czy na tym wyższym poziomie sportu jednak gra toczy się tylko o środki materialne i chwałę potomnych? Czy jako rodzice swoich pociech bylibyście w stanie dopingować się, wygrywać i potem szczerze cieszyć się ze zwycięstwa? (Nawet wobec późniejszego wstydu wobec swoich dzieci?) Zapewne gdzieś ten mechanizm rozumienia dopingu, też jako części istoty materializmu w sporcie, mi ucieka. Ja chyba nie dałbym rady. Wcale. W ogóle. Nie ma szans.

Chcesz być najlepszy w uczciwej walce to musisz trenować. Oczywiście te "parę procent zwyżki formy" zawsze będzie kusiło. Jednak na tyle by potem przeżywać fałszywe rodzinne podium? Nie wiem. Z drugiej strony ta pogoń za lepszym rezultatem wymaga totalnego odłączenia się od rodziny. Tu nie można być normalnym (zatem większe pieniądze dla lepszych zawodowców uważam za rzecz oczywistą) zatem i reakcje są mniej "normalne". Ba, nawet żona zawodowca cieszy się z jego zwycięstwa zamiast narzekać na jego absencję w domu - u nas "normalniaków" z reguły jest odwrotnie ;-). Mimo wszystko myślę, że na tym wyższym poziomie sportu materializm traci na znaczeniu. Dzienniczek zawodowca jest tak nabrzmiały godzinami treningu, że nawet on sam potrzebuje wsparcia logistycznego by zrealizować blisko 100% zadań. A reszta traci na znaczeniu...no chyba, że bliska rodzina - u sportowców na szczycie widać jej ogromne znaczenie...


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.