17.Poznań Maraton...to już moje 10 lat!!!



Sam nawet nie wiem czemu ot tak sobie, na pierwszy oficjalny start biegowy wybrałem maraton (podobnie w sumie było w debiucie triatlonowym - wszystko zaczęło się od 1/2 IM, choć tu już decyzja bardziej odpowiedzialna). Jako, że studiowałem wtedy w Poznaniu okazja nadarzyła się właśnie na III roku studiów w 2006 r. w 7.Poznań Maratonie. Wcześniej biegając liczne rundy po Malcie jakoś nie miałem na to odwagi. Dlaczego akurat wtedy postanowiłem spełnić marzenie? Nie mam pojęcia. Jakim cudem udało mi się dobrać tak idealne tempo startowe? Tym bardziej nie wiem. Chyba można to uznać za jakiś cud nad Wartą...

Tegoż pięknego debiutanckiego poranka, 15 października 2006 r., wstałem wcześniej niż zwykle. Na pewno nie było ciepło i pięknie. Zwykła szaruga jesiennego poranka. Nie było też żadnych super pozytywnych przemyśleń a tym bardziej znajomych wokół. Dla studentów za wcześnie wstawać o tej porze w niedzielę...zatem ubrany w bawełnianą czerwoną koszulkę z logotypem firmy taty (chyba miał być to dla niego prezent), jakieś czarne ulubione spodenki, zakupione za "zaskórniaki" (niby sportowe) buty Sprandi i kolorowy, bawełniany dres wyszedłem z zaspanego akademika AWF przez nikogo niezauważony. Dalej były dwa przystanki tramwajem i 3 kmowa rozgrzewka prawym brzegiem Malty do hangarów, gdzie mieściło się wtedy Biuro Zawodów. Z tego co kojarzę pakiet odebrałem wcześniej ze znajomym, więc wystarczyło poczekać na start do 8.00 (głowy nie dam, ale kojarzę, że wtedy jakoś szybciej się to zaczynało) i po prostu to przebiec. Teoretycznie byłem przeciętnie wysportowanym studentem AWF biegającym regularnie trzy razy w tygodniu (po 40 km) od trzech miesięcy, który dodatkowo wybiegał latem trzy lub cztery "dwudziestki". Musiało się udać. I o dziwo...udało się zrobić 3h30 z małym hakiem, z czego tylko ostatnie 2 km były kryzysowe. Debiut, zdecydowanie nie był trudny. No może poza tymi ostatkami. Pamiętam za to radosnych pacemakerów na 3h30 i całkiem zwartą, zakręconą na temat biegania, grupę. I to minięcie mety...kiedy ukucnąłem, wstałem i ten przeszywający od stóp do głowy prąd. W życiu takiego czegoś nie doświadczyłem (choćby dlatego też warto było się tak zmęczyć...). Potem już normalka ;-) - medal, żarcie, schodzenie ze schodów tyłem i ból nóg do piątku. Była oczywiście również chwała zwycięzcy chodząca za mną przez parę dni...

W tym roku podczas 17 edycji maratonu, po dwóch latach nieobecności w Poznaniu i właściwie trzech braku walki o wynik, miało być pięknie. No i było...

Chwilę przed startem z pierwotnym pacemakerem "Słonikiem"

Spokojny nocleg u długo niewidzianych znajomych, planowany dojazd na teren MTP, modyfikacja taktyki biegu pod wpływem rozmowy ze startującym na podobny czas kolegą, krótka aczkolwiek wystarczająca na ciepłe warunki pogodowe rozgrzewka i bezproblemowe ustawienie się w strefie A. A w porównaniu z debiutem - mnóstwo znajomych od samego początku, głębokie przekonanie uczestniczenia w czymś wielkim i przede wszystkim oczywistość samych pozytywnych emocji niezależnie od tego co się stanie. Tak jak na każdym maratonie od paru lat. Okazało się, że do najlepszego maratonu w życiu chyba potrzebne było to wszystko ze sporą domieszką przypadkowego spotkania. "Łysy" przekonał mnie bym spróbował trójdzielonego negatywnego biegu. Trzy "czternastki" i każda z nich biegana coraz szybciej w tempach 4:18, 4:15 i teoretycznie 4:13/km. Pierwotnie miałem biec nudno z pacemakerami do 30 km i potem ewentualnie szaleć (ehh ta tegoroczna porażka z Hanoweru nauczyła pokory). Tym bardziej, że jednym z nich był mój poznański gospodarz - "Słonik" (vegeslonik.pl), który w ten chyba sposób chciał mi zgotować prezent i długo oczekiwane nad nim zwycięstwo (życiówkę ma o 10 minut szybszą, więc to na razie jedyna okazja ;-). Jako biegacz wolniejszy i zaczynający z reguły za czasem planowanym, nie mogłem nie przystać na tak dobraną do mnie propozycję "Łysego". (Zresztą do tej pory nie mogę znaleźć powodów dlaczego tak nie robiłem wcześniej!?) Od wystrzału startera zostawiliśmy grupę 3h00 w zasięgu wzroku i praktycznie tak było do 35 kma. Dystans z początku ok. 200 m kontrolowany i dopasowywany do zmiennego ukształtowania trasy poznańskiego maratonu w drugiej "czternastce" zmniejszył się do 100 m. W sumie wszystko dzięki kontroli dobrze przygotowanego tempowo kolegi. Mnie nogi rwały od 20 km i na całe szczęście nie postanowiłem jeszcze gonić Słonika. To stało się 15 km później, kiedy minąłem teoretycznie trudniejsze kilometry, choć realnie wszystko było pod pełną kontrolą, i kiedy "Łysy" zaczął słabnąć. Dwa kilometry później byłem już z grupą 3h00 by kolejne parę set metrów dalej uciec "Słonikowi" (żegnając go triumfalnym i mocno żartobliwym gestem triumfu). Tempo z pierwszej "dyszki" 4:17/km, z drugiej 4:16/km, z trzeciej 4:14/km, w czwartej wzrosło na 4:12/km. Z czego ostatnie 5 kmów między 35 a 40 km pobiegłem na 4:09/km. Musicie przyznać, że bardzo planowo i kontrolowanie. Tym bardziej, że jako takie zmęczenie mięśniowe zaczęło się właśnie dopiero w tej "gonionej" dwójce (35-37 km). Szkoda "Łysego", ale jego łydki nie dałyby temu rady. Co więcej w przypływie finiszowych endorfin ostatnie 2,2 km pokonałem w 8:41, co daje 3:57/km. Sami widzicie, że raczej nikt nie mógł mnie wyprzedzić...(no poza Bartkiem Kiczińskim ;-) na finiszowej ostatniej prostej)

Do życiówki zabrakło pół minuty, jednak nawet nie szkoda mi tego spóźnionego finiszu - tu rzecz toczyła się o zamknięcie tych pięknych 10 lat oficjalnego biegania. I to zamknięcie z pełną kontrolą. Pewnością, że barierę "3h" mogę złamać bez najmniejszego problemu. I to się udało znakomicie. Zamknięcie 10 lat biegania 11 ukończonym maratonem (w tym siedem sztuk poznańskiej imprezy) w takim stylu - bezcenne.

A 17.Poznań Maraton...co tu mówić. Bezbłędny. Nie będę powtarzał wielu pozytywnych komentarzy. Wszystko organizatorom zagrało. Brak kolejek, biegowa pogoda, ciekawe koszulki pamiątkowe, urozmaicona trasa, idealne miejsce startu i mety. Mnie najbardziej do całej imprezy przekonują CI poznańscy kibice i niepowtarzalna nigdzie indziej atmosfera biegowego święta. Jeżeli organizatorzy dołożą do tego przebieganie obok ważnych miejscówek Poznania i "niebieską linię" wyznaczającą idealną trasę biegu to mamy w Polsce poważny międzynarodowy maraton pełną gębą. Z pewnością jednak oni to wiedzą i dograją wszystko w swoim czasie...ja na pewno na ulice stolicy Wielkopolski wrócę już 26 marca na jubileuszowy 10.Poznań Półmaraton.


4 komentarze:

  1. Łukasz, gratulacje dobrego biegu i czasu!
    Dobrze taktycznie pobiegłeś, i wiesz, że stać Cię na więcej.
    Co dobrze wróży na przyszłość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki serdeczne. Zdecydowanie wszystko wypaliło. A przyszłość rzeczywiście możę być jeszcze przede mną całkiem fajna...

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. :-) Cała przyjemność po mojej stronie. (Teraz zapewne bez logotypu akurat tego się obędzie (bo to nie ta sama firma, zresztą logotyp inny), ale jeszcze wiele przygód przed Nami)

      Usuń

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.