Wzbudzanie pragnień i spełnianie marzeń



W zawodzie instruktora/trenera personalnego/masażysty pracuję od czterech sezonów i szczerze mówiąc nie pamiętam dnia, abym tego żałował. Co więcej dni kiedy naprawdę chciałem być w innym miejscu i kolokwialnie mówiąc - nie chciało mi się, mogę wyliczyć na palcach obu rąk. Wtedy jednak winę biorę na siebie, bo choroba dopadła, przesadziłem z treningiem czy gdzieś tam było o jedną butelkę piwa za dużo. I tak w wielu momentach sobie myślę, gdzie jest przyczyna tej "super mocy", permanentnej motywacji i w sumie szerokiego już grona klientów. Świadomość tego, że od zawsze lubiłem kontakt z ludźmi, od zawsze wiedziałem, że "łopatologii" czy "taśmociągu" nie zniosę i od zawsze lubiłem dowiadywać się czegoś nowego wcale nic nie wyjaśnia. W każdej pracy przecież przytrafiają się słabsze momenty. Jednak u mnie spadki mocy są krótkotrwałe i mimo wszystko poniżej pewnego poziomu (patrz by zawsze każda czynność miała sens i ułatwiała realizację pozytywnych celów w przyszłości), choćby się waliło i paliło, nie zszedłem. Dlaczego cały czas mi się chce, choć czasem okoliczności tego nie ułatwiają...

Najpierw szukałem odpowiedzi w etosie pracy wynikającym z wychowania rodziców. Staruszek od zawsze był pracoholikiem. Praca od 6 do 16, a czasem i później, kilkukrotne weekendowe odwiedzanie firmy by palić w piecu na hali produkcyjnej podczas mrozu, mimo stanowiska kierowniczego, kilkuletnie niewykorzystane urlopy a przede wszystkim każdy weekend zaplanowana robota przy domu. Niezniszczalny. Mam ogarniała dom tak, że sam do tej pory nie wiem kiedy z żoną wejdę na taki poziom organizacji (pewnie jak dzieci podrosną i będzie łatwiej). Etos pracy fajnie, jednak wielu jest takich psychicznych pracoholików i jakoś pękają w końcu. To nie do końca wszystko tłumaczy...

Zacząłem więc analizować swoją osobowość. Wiecie...wiele działań wynika z kompleksów i nadkompensacji i często to przykrywka dla własnych słabości. Jednak te większe problemy, nazwijmy to związane z karierą i sensem życia, w tym kontekście przerobiłem na studiach. Co prawda ostatnio mało czasu na "grzebanie sobie w głowie", jednak gdy tego trzeba to i tak potrafię obrobić to bez większego wpływu na pracę (ba wtedy nawet jest krótka zwyżka wydajności). Zresztą "czerwona lampka" działa u mnie dobrze - wszelkie dziwniejsze zachowania bez powodu od razu rozpoznaje. To zupełnie nie tłumaczy nic...

Potem spojrzałem na charakter pracy. Instruktor/trener/masażysta to usługa dziejąca się w całkiem pozytywnym świecie fitnessu/rekreacji. Początki każdego z reguły wiążą się z pokonaniem barier i mocną motywacją zmiany czy osiągnięcia celu. Z drugiej strony klienci często mają niesprecyzowane żądania (tym bardziej nie rozumiejąc działania fizjologii aparatu ruchu) a w moim przypadku rzadko kiedy kończę pracę z klientem po 1-2 miesiącach (nawet jeśli taki był jego plan). Dłubiąc dalej praca instruktora/trenera/masażysty jest bardzo interesująca. Wymusza na mnie ciągłą aktywność psychofizyczną - mając przed sobą układankę puzzli staram się je tak poukładać, by z fajnej budowanej na początku bazy zdrowia uzyskać optymalne upragnione przez klienta efekty. Fascynujące, bo nigdy nie będę miał tego samego treningu/materiału i nigdy nie będę mógł kontrolować wszystkiego w pełni. Jednak nawet w tym fascynującym świecie przypadków także musi czasem coś pęknąć. Szczególnie podczas zmęczenia pod koniec tygodnia. Tak się nie dzieje. To wcale nic nie tłumaczy...

I wtedy olśniło mnie... tu chodzi o coś innego. Wcześniej, w pierwszych tygodniach pracy starałem się realizować cele i życzenia klientów interpretując je w pierwszych zdaniach wstępnej rozmowy. Co więcej próbowałem od razu przeskakiwać na "wyższy poziom mocy" - w końcu instruktor wie wszystko i od razu ma gotowy cudowny kompleksowy plan idealnych zmian. W tym momencie rozmawiam i bardziej słucham, a cele staram się interpretować powoli w miarę poznawania i rozumienia klienta. "Wyższy poziom mocy" nie istnieje dopóty, dopóki nie wykona się bazy podstawowej. Klient najpierw musi mnie wpuścić w swój mały świat...

"Powiedz mi a zapomnę. Pokaż - zapamiętam. Pozwól wziąć udział, a...wzbudzisz we mnie pragnienie." (Konfucjusz) Najfajniejszy jest ten moment, kiedy powolne spotkania by wyleczyć kontuzję, wzmocnić mięśnie, nauczyć je prawidłowej pracy czy poprawić parametry wynikowe czy antropometryczne zmienia się w idee czegoś więcej. Wpuszczenie instruktora do małego świata kompleksów, słabości, braków i obecnych przy tym marzeń oraz mglistych celów klienta owocuje lepszym poznaniem, ale przede wszystkim stworzeniem wspólnego pragnienia doskonalenia. I tu kończy się jasność tej sytuacji. Dalej potrzeba kolejnego Einsteina by wytłumaczył przechodzenie tej idei w energię dającą moc do pracy i mnie i klientowi.

Poza mocą miłości (w wymiarze rodzicielskim i małżeńskim) nie znam innej tak realnej siły - energii wzbudzonych pragnień i spełnianych marzeń. To wyjaśnia mi wszystko...


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.