Pływanie biegacza...podobieństwa i irytacje



Pływanie w moim przypadku jako tako rozpoczęło się przed maturą. Dopiero wtedy, blisko egzaminów na AWF w Poznaniu, szkoliłem swoje umiejętności w pływaniu kraulem na piersiach i żabce. Jakoś cudem się dostałem, jednak miłość do pływania nie wzrosła. Nawet kiedy już na trzecim roku AWFu "przeżyłem" (czasem dosłownie) każdy styl i dodawałem kolejną godzinę fakultetów by się doszkalać, cały czas wyprzedzano mnie licznie i bez problemu. Nie szło mi to zupełnie. Bieganie było jakoś łatwiejsze. Krok po kroku i do przodu. W pływaniu cała energia szła jakby na boki i człowiek stał w miejscu. Po debiutanckich sezonach triatlonowych nic się nie zmieniło.

Teoretycznie debiut triatlonowy w 1/2 IM zrobiłem na 38 minut z hakiem, co na dystansie 1,9 km (na GPSie realne 2220m) było przyzwoitym rezultatem. Oczywiście pływane to było w piance, co nie jest jakąś okolicznością umniejszającą wynik - w debiucie triatlonisty - słabego pływaka uplasować się w połowie stawki jest ok. Co ciekawe do tego startu przygotowywałem się najpierw przez dwa miesiące pływając raz na tydzień, później przez dobry miesiąc dwa razy/tydz, by ostatecznie nawet przez dwa tygodnie pływać trzy razy/tydz. Ciekawe dlatego, bo na kolejny drugi start na 40 minut z hakiem poświęciłem może ze 3,5 h pływania (w tym 2 - 3 x 45 min basenu). I o ile czas debiutu 5h01 był o wiele lepszy od czasu 5h20 za drugim razem (8 min poszło na "łatanie" łańcucha) to pływanie jakoś nie zmieniło się na o wiele gorsze. I gdzie tu sprawiedliwość...

Zresztą w pływaniu irytuje mnie to, że moje początki z reguły są rekordowe (w tym sezonie w 45 min basenu robiłem już 2100 m) a im dalej w las tym gorzej (w tym momencie po 3 miesiącach pływania raz w tygodniu i dodaniu paru ćwiczeń robię ledwie 1700-1800 m). Argghhh...i po co się tu starać. Zacząłem się wręcz zastanawiać nad przyczynami tego stanu rzeczy. Oczywiście podpierając się doświadczeniem biegowym, czyli tym w czym mogę pomędrkować.

Rzeczywiście raczej bieganiem raz w tygodniu osiągów byśmy nie poprawili. Weźmy pod analizę taki trening 1h. Przeciętny biegacz robi wtedy ok. 10 km. Odległość dosyć bodźcująca - wpływająca na ekonomię biegu i tempo w początkowym zakresie (nogi mniej bolą itd.), mimo wszystko cały czas męcząca (zapewne oczy będą się wieczorem kleić). Jednak ten progres tempa zatrzyma się dosyć szybko (po 2-3 tygodniach?) i potem będziemy raczej pokonywać odrobinę mniej. Poczucie tempa i umiejętność jego kontrolowania też z biegiem czasu się pogorszy. Teoretycznie tak samo jak w moim pływaniu. Na początku choć kanciasto było więcej dystansu. Teraz choć z większą kontrolą motoryczną i umiejętnością skupienia się na drobniejszych elementach technicznych dystans jest słabiutki. Po treningu jestem zmęczony (jest to tez trening kończący cały mikrocykl tygodniowy, stąd tez większa kumulacja zmęczenia), ale jakoś mięśniowo o wiele mniej zajechany niż na początku. Podobieństwo bardzo duże. Prawda. Jednak głowę dam, że przy całym pozostałym treningu wytrzymałościowym - rowerowym i pływackim - bieganie byłoby bardziej rozwojowe i ten raz/tydz dawałby delikatnego kopa cały czas. W tym moim ustawieniu, wynikającym z braku czas, minimalistyczny element treningu pływackiego przy sporym rowerowym i biegowym daje jedno wielkie nic. No może poza jakąś pewnością, że przepłynę 1,9 km na luzie i z przeciętnym zmęczeniem. Strasznie mnie to irytuje... pewnie dlatego bo znowu myślałem, że się uda. Ostatnie próby pracy nad nogami na basenie przyniosły "podjaranie się" mocną pracą nóg i lepsza koordynacją z ramionami na dystansie oraz zgadnijcie...1700 m. Arghhh...

Systemu pływania chyba jednak się nie oszuka. Braki techniczne z dzieciństwa szybko się nie poprawią w takich okolicznościach. Jednak gdzie tu zmieścić dwie dodatkowe jednostki basenowe w tygodniu? Człowiek tez musi gdzieś odpoczywać. A przecież przy dublowaniu czy potrajaniu treningu koniecznym będzie włączenie różnicowania tempa, intensywności i ogólnie akumulacja zmęczenie tygodniowego. Patrząc wstecz "rozpływaniami" 2-3 razy/tydz przez dwa miesiące cudu nie osiągnąłem. Ledwie dwie minuty zysku na 5h. Podczas biegania takie dwa miesiące dałyby poprawę 5 - 10 minut...

No ale, nie ma co marudzić (choć spoglądając na zegarek po basenie nie można się powstrzymać!) i po półmaratonie trzeba się będzie wziąć. I znowu 6.45 w dniu roboczym i wieczór w weekend trzeba będzie poświęcić by ugrać kilkanaście sekund. Złośliwie chciałoby się powiedzieć by bieganie pływaka wyglądało tak samo trudno i żmudnie...


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.