Magiczna mata do ćwiczeń...



Spuścizną mojej żony po swojej starej pracy, tej ze Szczecinka u całkiem mądrego gościa, okazała się pływająca niebieska mata do rehabilitacji. Oczywiście oprócz tego zwyczajnego wydawałoby się przedmiotu pozostało jej również sporo doświadczeń zawodowych a mnie wspomnienie wielu bezdzietnych, wtedy jeszcze, chwil razem. Jednak rzecz miała toczyć się o czym innym...



Ponad metrowa na długość i blisko półmetrowa na szerokość mieszanka gumopodobna nie do końca znalazła miejsce w zamieszkałym kącie u moich rodziców. Stała zwinięta w piwnicy czekając na szansę pierwszego użycia. My natomiast rozpoczęliśmy, jak to młodzi ambitni, budowanie "swojej kariery" w Brodnicy. Niebieska mata doczekała się pierwszego użycia trzy miesiące później na wspólnie wynajętym mieszkaniu w centrum. Były to incydentalne, aczkolwiek systematyczne, ćwiczenia ciążowe żony. Kilka kolejnych miesięcy dalej była z nami już Gabrysia. Mata od epizodycznych moich krótkich rozciągań potreningowych czy wygibasów małżonki wreszcie na dłużej mogła zabawić w pokoju córki służąc jako podkładka pod koc w czasie pierwszych nieporadnych zabaw. Ciągle była zwijana i rozwijana, Po paru latach i zamianie mieszkania na własne, przytulne M4 wszystko dalej się pozmieniało...

Obowiązków przybywało, godzin pracy również, ambicji treningowych tym bardziej. W tle zaczął pojawiać się syn Ignacy. Na razie w rozmowach i planach, ale już niebawem miał rozpocząć swoje życie w łonie szczęśliwej mamy. W obfitszych okolicznościach moim wieczornym nawykiem, podczas samotnych wieczorów (żona usypiała Gabryśkę i często z nią zasypiała) po powrocie z pracy, stało się rozciąganie. Nie było sensu zwijać już maty w róg skoro ta byłą używana co najmniej raz dziennie i znalazła swoje miejsce w pokoju dziennym. Na tyle skuteczne, że stała się częstym podłożem wspólnych wygibasów z dzieckiem a i ponownie systematycznych ćwiczeń żony. Kiedy pojawił się Ignacy znowu historia zatoczyła koło. Szczęśliwa rodzinka i więcej obowiązków. Coraz mniej czasu, choć więcej emocji. Mata przeżywała więcej radości i czekała aż Ignacy dołączy do naszych wspólnych zabaw - ten póki co jeszcze raczkował po swoich zwierzęcych puzzlach 2x2m. Pojawiło się jeszcze więcej moich samotnych poroboczych wieczorów, ale cały czas z "matowym przytulaniem" w różnych ułożeniach ciała. 

Teraz Ignacy ma już blisko 19 miesięcy, Gabrysia 5 lat, żona powoli rozkręca swoją działalność specjalistki dziecięcej (zresztą przy udziale tejże maty - stąd te taśmy na niej). W naszym kącie mieszkamy już ponad 2,5 roku. Ja ciągle marzę o swoim pierwszym Ironmanie na Hawajach. Mata leży tam gdzie leży już od dobrych dwóch lat. Oczywiście czasem zwinięta - mieliśmy już sporo tych uroczystości rodzinnych. Oczywiście czasem przetarta suszy się gdzieś na balkonie - w końcu po takiej częstotliwości używania musi odpocząć. Bardzo rzadko schowana jest za fotel...

I tak się zastanawiam ile mocy magicznej w sobie ma ta zwyczajna teoretycznie mata? Ile dobrych nawyków przekazaliśmy dzięki niej dalej? Ile dobrych decyzji podjęliśmy w jej obecności? Ile wspaniałych zabaw z dziećmi na niej spędzimy? I w końcu ile lat jeszcze nam posłuży? Na razie nie zanosi się na jakieś inne zmiany...(zresztą magiczne rzeczy nie znikają z życia tak szybko.)


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.