Złoty środek treningu



Sport właściwie uprawiam od zawsze. Odkąd pamiętam musiałem aktywnie spędzać czas. No może poza okresem "okularowania" i nieśmiałości w klasie I - III (choć jakoś chyba wyróżniałem się, bo w wyścigach rzędów byłem dobry!). Ostatnie lata to już bardziej metodyczne podejście do sportu, z tymi wszystkimi bazami, ćwiczeniami ogólnorozwojowymi i periodyzacją wielką gębą. Późno, bo późno, "zajarzyłem" nauki AWFowskie....w tym momencie inaczej sobie nie wyobrażam. No i chyba od tego czasu coraz mocniej szukam złotego środka w treningu. Jakoś bez równowagi to wszystko abstrakcja...


Nie wiem czy wierzycie w pojęcie "złotego środka", równowagi, balansu w życiu, yin - yang, feng shui etc etc. Ja o ile w każdym segmencie życia dostrzegałem te motywy, jakkolwiek by je zwał, to w treningu przez wiele lat amatorskich nie udawało mi się. Dopiero potem bardziej poukładane podejście treningowe a przede wszystkim praca instruktora, z wielokrotnym przyglądaniem się jako specjalista od ruchu a właściwie jego błędów, pozwoliły mi dostrzec coś więcej. Oczywiście pewnie też balansowanie gdzieś pomiędzy marzeniami niespełnionego sportowca a rodzinnymi rozterkami mogło pomóc...

Dla zawodowca "złoty środek" oznacza doprecyzowanie wszystkich środków treningowych w odpowiednich strefach treningowych i takie ich zrealizowanie by optymalnie doprowadzić do osiągnięcia celów sezonu startowego. Teoretycznie dla amatora również. Ten ma trochę mniej czasu na trening - musi zarabiać na życie pozasportowo, dbać o obowiązki rodzinne czy chociażby być w domu. Zawodowiec w ilości godzin poświęconych na trening może się pogubić równie dobrze jak amator w gąszczu zadań tygodniowych. Również tych sportowych. Jednak nie napiszę tego, że zawodowiec ma o wiele łatwiej, bo to przecież tylko spać i biegać/pływać/jeździć a to wszystko pod okiem trenera, który o wszystkim myśli. Tego nie wiem...zresztą czy naprawdę chcielibyście wykonywać dwa, czasem trzy treningi dziennie, startować a potem słyszeć na żywo lub w mediach, że poszło Wam słabo. Co by nie mówić najlepszych jest tylko kilku...

Amatorowi oprócz sportowych zachcianek, im większych tym bardziej, potrzeba dobrej organizacji czasu. "Złotego środka" oprócz oczywistej optymalizacji treningu wymaga dobranie momentów poświęconych dla rodziny, kreowania kariery zawodowej czy ustabilizowania finansowego. To nie łatwe. Wielu się zagubiło (ja ciągle to robię :-/ ), zagubi i będzie się gubić.  Zresztą w tak subiektywnym świecie sportu powstrzymać emocje, chęć bycia lepszym i przy okazji oderwać się od różnorodnych środków treningowych z nieskończonymi ich kombinacjami - umiejętność niebywała.

Jednak jeżeli tego stanu balansu w życiu (sportowym) nie osiągniesz to prędzej czy później przestaniesz się cieszyć ze zwycięstw nad własnymi słabościami (patrz na grymasy mistrzów po ich zaskakujących porażkach), wiecznie oczekiwanie na łamanie rekordów cię zmęczy i zaczniesz szukać wokół siebie coraz więcej motywacji zewnętrznej. Przy tym wszystkim optymalność efektów treningu do jego objętości spadnie a większa ilość czasu w sporcie odbije się na pozostałych aspektach życia. Zawodowiec przy ustabilizowanych zarobkach odbije się z bessy być może w kolejnym sezonie. Amator często obrazi się na dyscyplinę sportu i zacznie szukać spełnienia gdzieś indziej.

Oczywiście cała układanka może rozwalić się także od strony rodzinnej czy zawodowej...bądź co bądź umiejętne balansowanie pomiędzy możliwościami, okolicznościami i celami treningu zupełnie ryzyko zmniejsza. Trudna to sztuka. Wielu profesjonalnych sportowców sobie z tym nie radzi (zresztą spójrzmy na bardzo popularny zawód psychologa sportowego). Co dopiero amatorzy, których na listach lokalnych biegaczy tasujących się z sezonu na sezon widać wielu. Tylko niektórzy natomiast są w stanie systematycznie polepszać się albo dumnie pozostawać w granicach swojej życiówki. To bardzo trudna sztuka...


5 komentarzy:

  1. Czyli mało odległe cele powinny pomóc w dłuższej zabawie, gdy wiemy że o motywację przy braku sukcesów byłoby trudno ? Tylko jak stawiać sobie takie "mniej ambitne" cele... ? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zawsze są interpretacyjne zagadnienia. Czy wykonanie pewnych treningów (ja często "jaram się" jakością ćwiczeń technicznych, odczuciem po dynamicznym treningu itd) nie jest krzepiące? Czy to taki "mniej ambitny cel" Krzysztofie? Powracając do frazy Adama Małysza czy ważne jest skupienie na odległości czy na jakości wykonania skoku? Ja od wielu lat staram się bawić takimi małymi sukcesami i zdecydowanie cały czas jest pięknie ;-) Zatem cele krótkofalowe, optymalnie zaplanowane, to na ten mój etap rozumienia sportu sól treningu.

      Usuń
    2. Przyda się też odpowiedź na pytanie - a po co ja to bieganie właściwie uprawiam. I czego on niego chcę?

      Usuń
  2. Wiesz że to dyskusja czysto filozoficzna. Czy ilość czy jakość zawsze będzie jakimś tam celem. Czy przejedziesz/przebiegniesz X km w dobrym tempie czy dobrej kadencji czy humorze zawsze będzie wynikiem, który będzie Cię satysfakcjonował lub nie. I już. Napisałem tak, bo u mnie ciężko z tym złotym środkiem. Czasem rzuca się człowiek na rekordy, często udaje się to osiągnąć i zaraz staniemy przy poprzeczce postawionej tak wysoko że albo trafimy na ścianę albo się uda i spirala będzie się dalej nakręcała itd.. po kilku ścianach albo się dzwigniesz albo zmienisz priorytety albo hobby :) naprawdę ciężko o złoty środek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie mówi, że łatwo. Dlatego czuję pisząc o tym jako o abstrakcji, temacie ciężko uchwytnym słowom. W takim ujęciu jest to czysta filozofia. Zgadzam się :-) Grunt by poprzeczki były ustawione optymalnie i żeby potrafić się w optymalnym momencie wycofać. To chyba jak to w życiu...a w nim ogromnie dużo filozofii, a jeszcze więcej praktyki ;-)

      Usuń

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.