Maraton - królewski (bieg-) paradoks



Niekoniecznie jestem szalonym człowiekiem, ale akurat swoja przygodę z bieganiem rozpocząłem właśnie od debiutu w biegu maratońskim. W przeciwieństwie do legendarnego Filippidesa, nawet udało mi się wyjść bez szwanku a słynną "ścianę" osiągnąłem dopiero na 40 km 7.Poznań Maratonu. Jak po takim wspomnieniu można nie pokochać dochodzenia do granicy swoich możliwości na tak specyficznym dystansie ?!

Oczywiście efektem końcowym pierwszego biegu w zawodach był niepowtarzalny nigdy więcej ból. Niesamowite pseudoporażenie prądem od stóp do głowy pod wpływem przysiadu z bezsilności (może dlatego już tego na mecie nie robię ;-) . Towarzyszyła jemu także ogromna bolesność mięśniowa całego ciała przez kolejne parę dni. Te ostatnie dwa kilometry nie były łatwe, zresztą jak i kolejne "ostatki" w następnych latach. Przez trzy lata z rzędu Poznań Maraton pokazywał kły coraz bardziej. Drugi start, przetrenowany już lepiej, trudniejszy (kryzys na 35 km), pozostawił niedosyt ("tylko" ponad 4 min do łamania 3 h). Trzeci, z kontuzją i miesiącem biegowej przerwy przed, kończyłem z dwoma momentami wirujących gwiazdek przed oczami. Czwarty, mięśniowo straszny, psychicznie bolesny, aczkolwiek brakowało tylko 1:18 do 2h59. Trzeba było nabrać pokory, a przede wszystkim szacunku, do dystansu maratońskiego i do siebie. Jednak ja nie o tym w sumie chciałem...

Bieg maratoński fascynuje mnie od samego początku przygody z truchtaniem. O wiele wolniejszy i dłuższy w stosunku do półmaratonu czy dychy. Ja biorąc pod uwagę swoje "życiówki" maraton biegnę o 18 s wolniej niż "połówkę" i o 29 s niż 10 km (niebawem może się to lekko zmieni o 1-2 s.!). Oczywiście u każdego w zależności od zaawansowania to się albo spłaszcza albo piętrzy. Im więcej objętości treningowej i lepszej bazy tlenowej tym mniejszy spadek tempa w maratonie. Co do długości królewskiego dystansu dla debiutantów jest on wręcz nudzący aż wreszcie przechodzący w obrzydliwe znudzenie zmęczeniem. No, ale różnica przebywania na trasie o 1-2 h (patrz w ostatnim 35.Wrocław Maratonie to różnica między 1, 263 a 2726 zawodnikiem) jest przerażająca. I tu paradoksalnie, co widać na finiszu biegu, lepsi męczą się mniej choć przecież intensywność względna jest taka sama. Ba mają nawet mniej krytyczne "ściany". Z pewnością jednak równie bolesne przy nadgorliwym przeszacowaniu tempa. Wbrew wszelkim pozorom jest to bardzo sprawiedliwy dystans. Na 10 km nie ukryjesz braku szybkości czy treningu siłowego, a w ponad czterokrotnie dłuższej batalii możesz wygrać poprzez bardzo dobrą wytrzymałość i odżywanie bez nadmiernej dbałości o pozostałe parametry (oczywiście do czasu).

Zawsze wolałem wybrać dłuższe potyczki. Cierpliwe, długo rozwijające się, wymagające wytrwałości a przede wszystkim mocnej głowy. Najpierw długa zabawa względnie spokojnym tempem wybranym na tyle by w pierwszej części dystansu zrobić jak najmniej szkód. Potem względnie spokojne tempo przestaje być spokojne lub lekko je podbijamy i tu oblicze maratonu zmienia się już w baczną uwagę i obserwację coraz szybciej narastających zmian fizjologiczno - psychologicznych. Potem na ostatnich kilometrach to już bieg samą głową z realnie realizowanym planem albo z minimalizowaniem strat i walką o przetrwanie. Te bardzo wolne tempo, które długością trwania powoli, sekunda po sekundzie, metr po metrze wyczerpuje do cna. Totalny odjazd. Nic się nie dzieje przez 20 - 30 km a tu raptem po kolejnych 2 - 3 km cała sytuacja robi się dramatycznie dziwna i abstrakcyjna - zaczynam się męczyć. "Skąd, jak, dlaczego??? Przecież tak dobrze szło. Co ja tu robię? Po co mi to bieganie???" itd ;-) Naprawdę totalny odjazd. 

Dopiero piąty maraton jako tako nauczyłem się już rozumieć. I tu nawet nie chodzi o jakieś wytrenowanie. Sprawiało mi radość samo uczestnictwo. 3h38 (z kontuzją w sezonie) w szóstym starcie było tak samo radosne jak rekordowe 2h58. Rozkoszowanie się całym tokiem zmian dziejącym się podczas tego dystansu jest fascynujące. W tym biegu zawierają się wszystkie pozostałe. Ot taki królewski paradoks...


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.