Kijowski maraton z życiową przygodą (aut. J. Gerka)



Po zeszłorocznym maratonie w Hanowerze padło ważne pytanie: gdzie udać się w 2017 roku? Pomysłów było kilka: Praga, Budapeszt może Wiedeń… Byle w miarę blisko, aby móc dojechać samochodem. Nie bez znaczenia był również fakt, by bieg połączyć z ciekawym wyjazdem połączonym ze zwiedzaniem. Wszystkie kierunki na zachód łączyły się jednak z dość sporym nakładem finansowym zarówno jeśli chodzi o wpisowe jak i ceny noclegów oraz wyżywienia. Zatem blisko rok temu pojawił się pomysł wyjazdu w kierunku wschodnim. Ale gdzie? Wiedziałem, że biegają w Wilnie, ale może coś jeszcze bardziej oryginalnego? Okazało się, że biegają również w Kijowie. I był to strzał w dziesiątkę! Z kolegą Rafałem zapisaliśmy się z wielkim zapałem i bez najmniejszych wątpliwości. Tylko te całe dziesięć miesięcy czekania… Po kolei decyzje o starcie podjęli również Maja, Piotr oraz Adaś. I tak oto brodnicka ekipa stała się faktem. 

I w końcu nadszedł czas przeżycia kolejnej biegowej przygody. Wyjazd 6 października w piątek rano, tak aby późnym wieczorem dojechać do stolicy Ukrainy. Do pokonania 960 km plus granica. Droga u wschodnich sąsiadów to może nie autostrada, ale jest szeroka w miarę zadbana z minimalną (w porównaniu z Polską) liczą wiosek i terenów zabudowanych. Planowo i bez najmniejszych niespodzianek po 22 meldujemy się w Kijowie. To zdecydowanie inne miasto jakie widziałem chociażby dziesięć lat wcześniej. Tętni życiem, jest kolorowo, a całe centrum rozświetlają nowoczesne wieżowce i hotele. Spory ruch uliczny połączony z ciągłym trąbieniem oraz bardzo oryginalne parkowanie w całym mieście dodaje kolorytu. Nasze samochody zaparkowane przez całe 4 dni na zakazie parkowania nie wzbudzają żadnego zainteresowania jakichkolwiek służb mundurowych.


W sobotę śniadanie w pobliskiej „Puzatej Chacie” okazuje się bardzo smaczne i tanie. Około 10 zł wystarcza na posiłek złożony z trzech różnych dań i kompotu – żyć nie umierać. Duża kawa latte z ciastem to dodatkowy wydatek 7 zł. Noclegi w samym centrum miasta 38 zł na osobę (6 osobowy apartament). 

Następnie odbiór pakietów. Podstawowa opcja to tylko numer startowy i worek na ewentualny depozyt. Koszulki ładne, ale bardzo drogie, rezygnujemy z zakupu. Potem tylko zwiedzanie miasta i przygotowania do niedzielnego startu. To co nas przeraża to liczne wzniesienia, niektóre bardzo okazałe. Nasz przewodnik Adaś nie pozostawia złudzeń – trasa ma 300 metrów przewyższenia. To zdecydowanie najwięcej ze wszystkich przebytych dotychczas maratonów. Oj będzie się działo!

Sam Kijów robi na nas niesamowite wrażenie. Pełni wrażeń kładziemy się spać przed niedzielnym startem. 


Start i meta zlokalizowane są na głównej ulicy miasta Chreszczatyk przy Majdanie w tym samym miejscu, na którym doszło do burzliwych protestów w lutym 2014 roku podczas których zginęło 99 osób a ponad 3000 zostało rannych. Co do samego biegu na odnotowanie zasługuje fakt, iż wszystko zorganizowane jest bez najmniejszego zarzutu, przejrzyście i profesjonalnie.

Do samego końca nie jestem pewien jaką obrać taktykę jeśli chodzi o tempo. Idę jednak za namową Łukasza i zamiast spokojnego i zachowawczego biegu na 3.30 postanawiam, że coś jeszcze urwę. Sam start nie jest dla mnie najszczęśliwszy. Ustawiam się za daleko na 3.45 i na samym początku gubię 2 żele. Wkrada się przez to nerwowość i zmuszony jestem gonić peacemakerów do 10 km. 
Trasa zgodnie z przewidywaniami trudna, dużo długich zbiegów i podbiegów, spora część wiedzie niewygodnym dla biegu brukiem. Biegnie się jednak fajnie, bo łączy najciekawsze miejsca Kijowa. Na trasie zlokalizowano bardzo dużo punktów nawadniania (również cola!), obsługa na najwyższym poziomie. To co ułatwia pokonywanie kolejnych kilometrów to rzesze żywiołowych kibiców oraz wiele zespołów muzycznych. Dzień wcześniej dopisałem moje imię w cyrylicy co sprawia, że co chwilę słyszę masę pozdrowień. Niestety po 40 km pojawia się skurcz, który jest wynikiem wcześniejszego bardzo długiego zbiegu. Na szczęście szybkie rozciąganie gwarantuje spokojny i radosny finisz. Na metę wpadam dokładnie po 3 godzinach i 24 minutach w bardzo dobrym jak na mnie stanie psycho-motorycznym. Daje to 119 miejsce w kategorii open. Jestem bardzo szczęśliwy i zadowolony. Jak się okazuje była moc na coś więcej, jednakże wspomnienia z Hanoweru oraz perspektywa dalszych atrakcji spowodowały, iż rozsądek wziął górę nad emocjami. O dziwo cały maraton przebiegł bez kryzysów. Po 20 minutach rzucam przed metą biało-czerwoną flagę Adamowi, potem pojawia się Maja, a następnie wbiegają na metę szczęśliwi Piotr i Rafał. Kilka radosnych, wspólnych fotek i szybka ucieczka przed hipotermią. Załapujemy się jeszcze na bardzo bolesny, ale skuteczny masaż, który sprawia, że droga powrotna nie będzie już tak bolesna. 

Świadomie wracamy ulicą Heroyiv Nebesnoyi Sotni, przy której soją liczne fotografie poległych Ukraińców podczas Euromajdanu. Oddajemy im wszystkim hołd, Piotr wiesza naszą flagę. To bardzo podniosłe miejsce, w którym czuje się powagę i widać że jest dla naszych wschodnich sąsiadów miejscem szczególnym. 

Jednak teraz przed nami już tylko wypoczynek i „przyjemniejsza” część wyjazdu. W następnym dniu jedziemy do Czarnobyla, a potem mamy już przed sobą tylko Lwów.

Wiem z pewnością, że na pewno wrócę jeszcze do Kijowa. Miasto jest niezwykle zadbane i bezpiecznie, a biorąc obecny kurs hrywny do złotego jest również bardzo tanio. Cały wyjazd od piątku rana do nocy w środę kosztował mnie około 1200 zł wliczając w to wpisowe oraz zakup pamiątek.

Maraton kijowski wywarł na mnie bardzo duże wrażenie i całkowicie przerósł oczekiwania, dlatego mogę z czystym sumieniem go polecić. W tegorocznej edycji wzięło udział 870 biegaczy. Dodatkowo odbyły się biegi na dystansie półmaratonu (ponad 1300 startujących), 10 km i 5 km oraz biegi dla dzieci. 180 zespołów pokonało królewski dystans w sztafecie. 

Podsumowując: z pewnością nie jest to bieg na życiówkę, ale na przeżycie wspaniałej przygody jak najbardziej!

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.