Poznań mnie pokonał...



Wcześniej zwracałem uwagę na całkiem dobrą formę (patrz tutaj). "Rzekło się", jak to się mówi. Niestety jednak 18.PKO Poznań Maraton mnie pokonał. Zatem teoretycznie o czym tu opowiadać? A jednak mimo niespełnionych założeń czasowych maraton na poznańskich ulicach dał mi ogromnie dużo radości. Choćby przez samo zmęczenie startowe, ale głównie przez uczestnictwo w biegowym święcie. Za co ogromnie dziękuję kibicom. Wy zawsze tworzycie jakieś abstrakcyjne miejsce na ziemi, gdzie wyniki schodzą na drugi plan, a liczy się sama radość walki ze sobą. Poniżej start w maratonie w szczegółach...
Założenia były proste - powalczyć o nową życiówkę. Forma również prezentowała się bardzo dobrze. Pozostało zatem taperingiem niczego nie zepsuć. Raczej udało mi się. Zrobiłem tak jak zaplanowałem (patrz poprzedni link), z drobną korektą sobotniego przedstartowego ożywienia. Zamiast 30 min i sześciu przebieżek pobiegłem na 18 minut z czterema. Żadnego zmęczenia nie czułem no chyba, że te po tygodniu pracy. Chęć powalczenia była. Ogólnie tapering chyba najbardziej udany w karierze. Nic dziwnego zatem, iż stresu przedstartowego w ogóle nie czułem. Nawet w sobotę wieczorem. Bardziej angażował mnie debiut brata.

Jak zawsze w takich okolicznościach musi zdarzyć się trzęsienie ziemi. W poprzednich edycjach wszystko odbywało się perfekcyjnie. W osiemnastej nagle pojawiła się 45-minutowa obsuwa na starcie. Jak to zauważył, jako pierwszy, bardzo dobry znajomy Grzesiu Urbańczyk (grupa biegowa FOR RUN i tutaj jego strona) akurat wtedy kiedy byliśmy przygotowani idealnie. Oprócz tego był to chyba tez najcieplejszy Poznań Maraton w historii. Na pewno w moim udziale. Stojąc tyle czasu nawet nie zmarzłem. W porównaniu do wcześniejszych edycji gdzie musiałem się chować pomiędzy innymi zaskakujące. No i ta odczuwalna później spora wilgotność (nawet na ostatnich spinningach czułem się jakbym jeździł wiosną). 

Summa summarum nie ma co zrzucać na pogodę. Zrobione 3h03:28 nie do końca mnie satysfakcjonuje. Na pewno walczyłem. W momencie kiedy uciekłem z grupy pacemakerów na 3h (ok.11 km) z powodu wszechogarniającego gorąca i odrobiny niebezpieczeństwa już miałem dosyć wysokie tętno 165-168 HR. W pewnym momencie nawet i 177 HR, kiedy po zawiązaniu sznurowadła (wiązane na trzy razy !) goniłem grupę. Ba nawet krótko po odejściu od grupy wiązałem je drugi raz z gonitwą ponownie na 177 HR. Mimo wszystko do 25 km jako tako się czułem, choć tętno balansowało już na poziomie 171 HR. Trzymałem tempo na 4:12/km według GPSa (czasem odrobinę szybciej). Zadziwiający był półmetek,  gdzie złamałęm 1h30 bez kilku sekund, co mnie głęboko zaskoczyło. No bo jak biegnąc w tym tempie mogłem tylko tyle przewagi mieć!? Grupa 3h była za mną standardowo 100 m cały czas. Dogoniła mnie dopiero na 34 km po serii trudnych podbiegów na Malcie, zbiegu z Warszawskiej i początku parku, gdzie zacząłem GPSowo biec na 4:16/km. Po przejrzeniu statystyk z sts-timing okazało się, że właśnie do tego momentu biegłem po 4:15/km. Zatem jak oni mogli mnie dogonić?! Kolejny dowód na to by biegać na wskazania z ręki. One zawsze realniej wskazują tempo na atestowanych trasach. A tu taka rozbieżność troszkę mnie kosztowała. Gdybym o niej wiedział na pewno cofnąłbym się do pacemakerów i pewnie złamał 3h. 

Mimo wszystko nie żałuję, bo powalczyłem ze sobą. I wybrałem realny dyskomfort utrzymania tempa na rekord życiowy. Oczywiście na kolejnym podbiegu od 32 km wszystko zaczęło się sypać, tętno rosnąć niekontrolowanie na 175-177 HR, a w momencie wyprzedzania przez grupę 3h i podchwycenia ich tempa nawet na 180 HR. Wobec pozostałych 8 km do końca i tak wysokim tętnie koszty walki w stosunku do uzyskanej satysfakcji były zbyt duże. Odpuściłem i dotruchtałem sobie w tempie 4:40-4:50/km. Czy zrobiłbym 3h01 czy 3h05 nie miało najmniejszego znaczenia.

Co tu gadać...gdybym pobiegł to jeszcze raz to pewnie zrobiłbym tak samo. Chęć sprawdzenia tej dobrej formy była bardzo wielka. Okazało się, że zabrakło tylko wyrachowania (widząc szybciej kończący GPSowy km przed znacznikami km organizatora mogłem co nieco ręcznie policzyć realne tempo), zapewne troszkę mocniejszych wybiegań (z reguły 17 km biegłem z bratem na 5:40-6:00/km, dopiero potem robiłem swoje) no i ...lepszej pogody. Każdy ze startujących na lepsze czasy "umarł". Dominika Stelmach kończyła na czworakach, Emil Dobrowolski walczył z kryzysem i skończył o 7 minut gorzej niż poprzednio w Poznaniu, Grzesiu Urbańczyk stracił 12 minut do zaplanowanego rezultatu. Było wielu, wielu innych z podobnymi skutkami. Zatem co tu marudzić...pięknie było powalczyć. A wrażenia z ostatnich 8 km, gdzie momentami kusiło by się przejść, na pewno przydadzą się podczas prób walki z dystansem pełnego Ironmana.

Przygoda z sezonem 2016/17 skończyła się całkiem szybko. Kolejny medal z poznańskiego maratonu już zawisł na mojej ściance (patrz zdjęcie u góry). Teraz czas na odpoczynek i roztrenowanie. No i pomyślunek nad nowym sezonem startowym. 


Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.