"Niewidzialne granice" K. Jornet


www.wsqn.pl

O Kilianie Jornecie wiedziałem bardzo mało. Obiło mi się co nieco o jego górskim bieganiu, zupełnie nic o skialpinizmie czy alpinizmie. Użyte w recenzjach "Niewidzialnych granic" słowa "poetyckie, inspirujące, dywagujące nad istotą wolności i zniewolenia" z mottem na stronie tytułowej "Jeśli nie marzymy, jesteśmy martwi" - wszystko to zlewało się w mocno spodziewaną "lurę". W końcu mowa o sportowcu z krwi i kości, a Ci z polotem w słowie, piśmie a tym bardziej z filozofią są często na bakier. Jednak Jornet zaskoczył mnie niesamowicie...wymknął się banalności...a ja wraz z nim na jedną nieprzespaną noc.

Początkowym motywem książki jest śmierć przyjaciela, idola, wielokrotnego mistrza świata w skialpinizmie, S. Brosse, podczas wspólnego trawersowania Masywu Mont Blanc. Mentor spadł kilkaset metrów w dół wraz z nawisem śnieżnym tuż obok Jorneta. Sam autor, także już żywa legenda, posiadacz niesamowitych rekordów w biegach ultra, doświadczony skialpinista, gnębiony wyrzutami sumienia spędza kilka tygodni w małym schronisku we włoskim Alpach, gdzie biegając i wspinając się po górach próbuje odnaleźć marzenia. Dalej zaczyna się już drugi plan "Niewidzialnej granicy" - przygotowania i sama wspinaczka z przyjacielem Thomasem i jego dawnym kompanem Aleksandrem na ośmiotysięcznik Gosainthan. Tybetańska "Grań nad Trawiastą Równiną" nie okazuje się łaskawa, jednakże cała opowieść stanowi wdzięczny temat do dyskusji na temat zachodniego stylu życia, marzeń, strachu, przesiedleńców Tybetu czy etyki alpinistów. Słowem wielu tematów, bo Jornet w tych 235 stronach tekstu opisując życie alpinisty "z lekkim plecakiem" wraz z istniejącą w tle nieskazitelną przyrodą przemyca sporo swojego strumienia myśli. Permanentnie przesyconego miłością do gór, ale jednak pamiętającego o tym co pozostawił za sobą i dlaczego tak wybrał. Rzadko kiedy niezgrabnie brnąc w dziwne sformułowania czy "przegadania" wybijające z rytmu tej himalajskiej wspinaczki, często mówi językiem sportowca - alpinisty.

I mnie to chyba najbardziej urzekło w "Niewidzialnej granicy". W Jornecie ujrzałem sporo własnego odbicia lustrzanego i wiele powodów mojego "bycia sportowcem", które stricte nie wszystkie wcześniej były wymówione, a właśnie słowami autora ujrzały światło dzienne. Przede wszystkim jest jednak też mnóstwo pozytywnej energii. Tej na pewno nie da się wymyślić, zafałszować, nie będąc sportowcem kompletnym, pewnym skąd się pochodzi i czego się chce. Stąd zapewne też wątki oddawania hołdu dawnym alpinistom (sporo w tym gronie Polaków, jak choćby popularny ostatnio D. Urubko) - 26 - letni autor chciał dziękować za spuściznę nauczycielom (m. in. obecne też nazwiska w podziękowaniach na końcu).

Książka K. Jorneta zauroczyła mnie niesamowicie, tym bardziej przy okazji smutnych zdarzeń na Nanga Parbat (patrz śmierć T. Maćkiewicza), kiedy zadawałem wiele pytań i szukałem wielu odpowiedzi. Chylę czoła marzeniom i walczę o nie cały czas...kataloński biegacz wysokogórski, skialpinista, himalaista stał się jednym z moim cichych autorytetów ;-)

Brak komentarzy

© 2011-2016 Brodniczanin biega.Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.